Menu

Sztuczne raje

Blog popkulturalny, okolicznościowo aktualizowany

Wszystko

Przepraszam, czy ktoś zamawiał dramę, czyli Yooletchka o "Riverdale"

yooletchka

Po napiętym Oscarowym tygodniu przyszedł czas na odprężenie, co w moim przypadku oznacza wynajdowanie sobie kolejnej pozycji do oglądania. Po dłuższej chwili szperania w czeluściach Internetu (no dobra, to był tylko Filmweb) natknęłam się na świeżutką produkcję platformy CBS i Warner Brothers (oraz Netflixa, obviously), o której słyszałam tak skrajne opinie, że naprawdę nie wiedziałam w co się pakuję. Mówię oczywiście o zyskującym szaloną popularność "Riverdale", tegorocznej produkcji, opartej na potężnym komiksowym dorobku wydawanym przez kultowe Archie Comics. To, co o nim przeczytałam brzmiało dobrze, zdjęcia i zwiastuny umiejętnie zachęcały, tak więc sięgnęłam po pierwszy odcinek. I obejrzałam za jednym zamachem wszystkie 6 (teraz już 7) dostępnych epizodów. (*internal facepalm*)

riverdale

Bardzo amerykańsko, bardzo dramatycznie, bardzo satysfakcjonująco, idziemy dalej

Właściwie powinnam dodać mały disclaimer na samym początku wpisu - z góry przepraszam, ale pomimo najszczerszych chęci nigdy nie miałam możliwości lepszego poznania wykreowanego przez Archie Comics uniwersum, także w kwestii nawiązań do kanonu (jeśli o takim można w ogóle mówić przy komiksach, *khe, khe DC*) jestem niemal zupełną ignorantką. Musicie mi to, drodzy Czytelnicy wybaczyć, że skupię się w dużej części na czysto serialowej historii, gdyż ta po prostu została przeze mnie w jakikolwiek sposób zgłębiona, jeśli tak można nazwać zaawansowany binge watching który sobie zafundowałam - trudno przecież nazwać zdobyciem obszernej wiedzy przeglądnięcie kilku zakładek w Wikipedii oraz porównanie wyglądu komiksowych i serialowych bohaterów.

riverdale

Serial stosunkowo świeży, więc z tego miejsca ostrzegam wszystkich wrażliwych - MILD SPOILERS AHEAD

Akcja serialu rozgrywa się w małym miasteczku, Riverdale, w którym wszyscy wszystkich znają, prawie wszystkie dzieci chodzą do jednej szkoły a każdy sąsiad wie wszystko na temat mieszkającej obok rodziny. Także plotki rozchodzą się w mgnieniu oka, więc nie ma szans, aby cokolwiek przed kimkolwiek ukryć. Pomimo tego, że mieścinka wydaje się być wyłącznie urocza i klimatyczna (spójrzmy tylko na ten bar i kino samochodowe), widzowie już od początku zauważają, że coś jest nie tak, kiedy po raz pierwszy pojawia się wiadomość o zaginięciu i tajemniczej śmierci perełki szkolnej ligi futbolu amerykańskiego, Jasona Blossoma. Wszyscy mieszkańcy zaczynają żyć tą historią - zaczynają się wzajemne oskarżenia, samozwańcze śledztwo, prowadzone niemalże na równi z tym autoryzowanym, przez dzieciaki ze szkoły, a sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy odnajduje się ciało denata z dziurą od kuli w głowie. Równolegle rozwija się dodatkowy wątek (chociaż kto to wie, właśnie ten może okazać się głównym) skupiający się na skomplikowanych relacjach Archiego, głównego bohatera, z podkochującą się w nim Betty, przybyłą do miasteczka Veronicą oraz ich wspólnymi przyjaciółmi, rodzicami i, a jakże, wrogami.

riverdale_0

Jacy oni są wszyscy uroczy

Pomimo tego, że zupełnie nie mam kompetencji do wypowiadania się w sprawie oryginału, z pewnością mogę stwierdzić jedno - po wszystkich dotychczasowych odcinkach naprawdę widać, że "Riverdale" wzoruje się na komiksach, co widoczne jest przede wszystkim we wszechobecnym przerysowaniu i przejaskrawieniu postaci oraz wydarzeń. Przedstawiane wątki są zazwyczaj pokawałkowane, prawdopodobnie nawiązując w ten sposób dodatkowo do kolejnych komiksowych części, a niektóre kwestie wypowiadane przez bohaterów brzmią jakby żywcem zostały wzięte z oryginału, którego na dodatek pierwsze numery powstały dobre kilkadziesiąt lat temu. Nie jest to bynajmniej wada produkcji, ośmieliłbym się stwierdzić wręcz, że ta komiksowa maniera dodaje całości charakteru, chociaż znacznie przy tym spłyca niektóre jej elementy. Wzorem wszystkich wielkich wytwórni seria obfituje w ogrom bohaterów, tych pierwszoplanowych jak i pobocznych, i niestety nie wszyscy z nich sprawiają wrażenie dostatecznie dopracowanych. Nie zrozumcie mnie źle, już od pierwszego odcinka wiedziałam, że bohaterowie i obsada "Riverdale" skradnie moje serce, ale dostrzegam w tym wszystkim niezwykłe upodobanie do schematów i stereotypów.

riverdale-jughead

*khe, khe* Panie i Panowie, przedstawiam Wam mojego najnowszego crusha

Przykładowo, Archie jest typowym wrażliwym, ale też popularnym uczniem (no bo przystojny jest, skubany), spełniającym się w szkolnej drużynie i realizującym na boku swoje muzyczne pasje. Jego długoletnia przyjaciółka, Betty, jest za nieśmiała żeby wyznać mu swoje uczucia i za dobra i wycofana aby przejąć sprawy w swoje ręce (zwłaszcza, że na karku siedzą jej przewrażliwieni rodzice - wścibska matka - dziennikarka i żyjący pod jej pantoflem ojciec), klasycznie jednak okazuje się, że cicha woda brzegi rwie. Ich nowa znajoma, przyzwyczajona do luksusu i bogactwa Veronica na początku wypełnia obraz typowej femme fatale, ale z całej siły stara się porzucić wizerunek rozpieszczonej królewny i odnaleźć "lepszą siebie" (przyjechała do miasteczka po tym, jak jej ojciec - biznesman został oskarżony o oszustwo i osadzony w więzieniu). Główna antagonistka, Cheryl Blossom, siostra bliźniaczka zmarłego, jest wykreowana tak, że nie sposób jej obdarzyć sympatią, nawet jakby ktoś był bardzo zdesperowany - prezentuje się po prostu jako egoistyczna, okrutna, skłonna do histeryzowania i nadinterpretacji dziewczyna, żyjąca pod wieczną presją kolejnych apodyktycznych rodziców (wygląda na to, że w Riverdale tylko tacy istnieją, z małymi wyjątkami - ojciec Archiego).

cheryl-blossom-madelaine-petsch-horizontal-2017-red-hair

Ja nie wiem, czy wszyscy to zauważą, ale dorzuca nam się w tym momencie kolejny stereotyp - rudej wiedźmy

Moim osobistym ulubieńcem jest natomiast Jughead Jones (grany przez Cole Sprouse'a), przez dużą część serialu stojący na uboczu zdarzeń i sprawiający wrażenie pełnienia funkcji narratora w historii, utalentowany dziennikarz śledczy i detektyw w jednym. Jest najlepszym przyjacielem Archiego i to on właśnie najwcześniej ze wszystkich odkrywa jego największy sekret (romans z niezwykle urodziwą nauczycielką od muzyki), ma talent również do wyszukiwania i intuicyjnie nadzwyczaj wnikliwego łączenia faktów. Nawet on nie ucieka jednak od pewnego stereotypu włóczęgi - outsidera, świadomie odcinającego się od błędów popełnionych przez jego ojca i starającego się w miarę możliwości zadbać o samego siebie.

He-Turns-Mush

Tak, wiem, jestem beznadziejna <3

Co do wspomnianej w tytule dramy - mam wrażenie, że bez niej serial nie miałby racji bytu, jest bowiem widoczna niemal wszędzie, a dotyczy zarówno aspektów typowo młodzieżowych (dlaczego mnie nie kochasz, gniewam się na ciebie bo moja mama pocałowała twojego tatę, zmarł mi brat, więc będę wszystkim pokazywać jak mi smutno itd.) jak i tych nieco bardziej skomplikowanych. Jednak przez już wspomniane spłycenie osobowości bohaterów, przerysowane zachowania i sztuczne momentami dialogi mam wrażenie, że jakkolwiek niektóre wydarzenia uwzględnione w "Riverdale" mogą być uznane za przerażające czy traumatyczne, to przestają takie być właśnie ze względu na całą otoczkę rodem z popularnych seriali dla młodzieży (które nota bene zawsze mnie bardzo śmieszyły i irytowały). Dramatyczna historia stanowiąca pierwotnie jądro serialu traci swój pełen grozy wymiar, a towarzyszące codziennemu życiu bohaterów dramaty przestają być tak przejmujące, jak w zamierzeniu pewnie miały być.

jughead-archie-riverdale

Cały wpis mógłby bez problemu zostać zilustrowany tylko zdjęciami Jugheada, ale nie mogę tak zrobić, bo wyjdzie, że mam kolejną obsesję. A wcale nie mam. Wcale

 Polecam "Riverdale" wszystkim, którzy mają ochotę obejrzeć serial niezwykle satysfakcjonujący wizualnie (i mean, spójrzcie na tę obsadę) i niespecjalnie skomplikowany, chociaż oczywiście niepozbawiony mniej lub bardziej zaskakujących zwrotów akcji. Podejrzewam, że również fani oryginalnych komiksów powinni być zadowoleni, ponieważ ten charakterystyczny klimat jest nie do pomylenia z niczym innym. W skrócie, jeśli chcecie się trochę pośmiać, poczuć się trochę jak w amerykańskiej szkole (w której jednak dziwnym trafem główni bohaterowie prawie nie mają zajęć), odprężyć się, popatrzeć na ładnych aktorów oraz wciągnąć się w serious drama, to "Riverdale" najprawdopodobniej jest dla Was.

source

Mean Girls wersja 2.0

/yooletchka out

I am one with the Force, czyli Yooletchka o „Rogue One”

yooletchka

Wszyscy ci, którzy znają mnie osobiście wiedzą, że uwielbiam chodzić na premiery filmowe i zapewniać sobie w ten sposób swoistą iluzję wyjątkowości – jako Jedna z Pierwszych mam bowiem kontakt ze świeżym dziełem, sala kinowa pełna jest tak samo zakręconych ludzi, jak ja i nie muszę przynajmniej wtedy tłumić moich czasami za bardzo ekspresyjnych fanowskich reakcji. Trudno się więc dziwić, że pokazu przedpremierowego „Łotra Jeden” nie mogłam sobie odpuścić, nawet za cenę siedzenia z zadartą głową w trzecim rzędzie od ekranu kina IMAX, które, jak wiadomo, do małych nie należy. Ale było warto. Naprawdę.

los-alamos-poster-tall-1536x864

Wszystkich bojących się (i słusznie) spoilerów uspokoję - tutaj ich raczej nie znajdziecie, będę bardzo starała się unikać szczegółów nieujawnionych w żadnych z materiałów telewizyjno - internetowych. Także czujcie się bezpiecznie

Nie jest z pewnością dla nikogo wielkim odkryciem fakt, że najnowsza produkcja wytwórni Lucasfilm opowiada o rebeliantach walczących z Imperium. Właściwie w której z części taki motyw się nie pojawia? Oczywiście jest to pytanie retoryczne, mające jednak na celu przypomnienie Wam, Czytelnikom, że tak naprawdę każda z kolejnych części  kultowej sagi Star Wars, czy, tak jak jest w tym przypadku, opowieść osadzona w tym uniwersum, powiela albo przynajmniej stanowi wariację znanego już schematu fabularnego (wystarczy przypomnieć sobie bardzo oryginalny sposób, za pomocą którego w każdej części nasi bohaterowie niszczą Gwiazdę Śmierci lub jej odpowiednika). Tym razem mamy jednak do czynienia z odwróceniem znanego wszystkim kanonu, chociaż, jak się przekonacie, nadal wiele elementów pozostaje wspólnych. Podobnie jak w przypadku "Star Wars: The Force Awakens" głównym bohaterem jest dziewczyna, pozornie podobna do odważnej i rezolutnej Rey, jednak szybko się przekonujemy, że obie protagonistki dzieli bardzo wiele. Jyn Erso jest córką człowieka, który chcąc nie chcąc zapisał się na dobre w historii Imperium jako główny konstruktor ich najpotężniejszej broni, wspomnianej już Gwiazdy Śmierci. Od dziecka żyje we wszechświecie zniewolonym przez potężne siły systemu, jednak na początku nie planuje się w żaden sposób angażować w walkę. Po niespodziewanym odzyskaniu wolności Jyn nie ma najmniejszej ochoty się w cokolwiek włączać - decyduje się dopiero wtedy, gdy okazuje się, że przystępując do planu Rebeliantów, zakładającego wykradzenie planów śmiercionośnej machinerii ma szansę spotkać niewidzianego od lat ojca.


star-wars-rogue-one-characters-names-vehicles

 Bohaterka? Męczenniczka? Rebeliantka? Córeczka Tatusia? 

 Przyznam się szczerze, że jestem "Rogue One" bardzo zaskoczona, podobnie jak pewnie większość współwidzów. Po pierwsze, nie jest to nawet w połowie tak pozytywny film jak "Przebudzenie Mocy", który pomimo oczywistych dramatycznych i smutnych scen (Han will be always in my heart) pozostawił widza raczej rozbawionego, względnie wzruszonego (ja na przykład płakałam ze szczęścia). Teraz, po wyjściu z kina miałam nastrój refleksyjny - oczywiście, byłam zachwycona, ale nie wynikało to bynajmniej z wydarzeń przedstawionych na ekranie, które w większości są tak naprawdę niesamowicie ponure. Po części może dlatego, że po raz pierwszy widzowie mają szansę przeniknąć tak głęboko w strukturę Rebelii, dostrzec mechanizmy i sposoby działań jej członków, ich niedoskonałości, wahanie, zwątpienie w cel, za który walczą i... zbrodnie przez nich popełniane. Tak, tym razem obok bezeceństw wyrządzanych przez Imperium jesteśmy w stanie dostrzec tę stronę Rebelii której dotychczas nie widzieliśmy i nie chcieliśmy zobaczyć. Mówiąc krótko i bezspoilerowo, za fasadą uzdolnionych i odważnych pilotów, mniej lub bardziej charyzmatycznych przywódców i przywódczyń kryją się zwykli, bardzo często zastraszeni i niepewni swojego działania ludzie - taka jest na początku Jyn i jej towarzysze. Oczywiście, w miarę rozwoju akcji jej światopogląd ulega gwałtownej przemianie, gdy tylko okazuje się, że także dla niej jest miejsce w Rebelii. Działania przeciwników Imperium nie zawsze są zaplanowane i dyskretne, niektóre ich akcje wydają się wręcz rozpaczliwe, z góry skazane na porażkę, co sprawia, że każdy widz, choć trochę zorientowany w aktualnej sytuacji politycznej będzie miał jednoznaczne skojarzenia.

rogue1jpg

 Mówiłam już, że Rebelianci są nareszcie realistycznie ubrani? Nie? To mówię

Wszystko to bynajmniej nie oznacza, że "Rogue One" jest filmem złym - wręcz przeciwnie, ośmieliłabym się stwierdzić, że to jedna z najlepszych części, która powstała, nie jestem zresztą z tą opinią jedyna. Jeśli każda kolejna produkcja z Lucasfilm będzie w ten sposób nas zaskakiwała, to jestem spokojna o przyszłość Gwiezdnych Wojen, które może staną się trochę poważniejsze, ale na jakości z pewnością nie stracą. Jeśli czytacie moje wypociny od jakiegoś czasu, wiecie, że zawsze zwracam największą uwagę na obsadę. Rzeczywiście, byłam w siódmym niebie, gdy dowiedziałam się o Madsie Mikkelsenie i Felicity Jones - to niewątpliwie moi ulubieńcy, chociaż po seansie jestem przekonana, że ktoś inny ukradł im show. Tym kimś są (bo jest ich więcej) chociażby Diego Luna, meksykański aktor wcielający się w rolę kapitana Cassiana Andora, Riz Ahmed czyli Bodhi Rook (pilot - dezerter) czy Wen Jiang jako Baze Malbus - niewidomy mnich i doskonały wojownik w jednym. Nie wspominając oczywiście o K-2SO, który jest dowodem na to, że roboty są prawdziwym błogosławieństwem każdej części tej gwiezdnej sagi. Szczerze mówiąc, prawie wszystkich wymienionych przed chwilą aktorów przed seansem w ogóle nie znałam, pewnie większość publiczności również, ponieważ nawet współcześnie mało która produkcja może pochwalić się tak różnorodnym i nietuzinkowym gronem aktorskim. Nie zmienia to jednak faktu, że można z powodzeniem stworzyć coś kultowego z nieznaną w większości szerszemu gronu odbiorców obsadą. Ich postacie były chwilami aż do bólu autentyczne, zagrane niewątpliwie z wielkim oddaniem i poświęceniem, które przyćmiło nieco nawet pana Mikkelsena (nie spodziewałam się, że kiedykolwiek to napiszę). Kto wie, może po prostu nie jestem przyzwyczajona do oglądania go w roli kochającego tatusia.

5bc408474ffa6e2967f4b0b9cbc0968d

Na wszystkich dostępnych na razie kadrach z filmu grany przez Madsa bohater ma mokre włosy. No cóż, przeżyjemy

"Rogue One" staje na wysokości zadania także ze względu na efektowne i momentami bardzo realistyczne sceny walki, które mimo że stanowią bardzo dużą część, jeśli nie większość, filmu z pewnością nikomu się nie znudzą. Fani sagi na pewno zwrócą uwagę również na ogromną rolę  tzw. easter eggs, czyli subtelnych szczegółów, możliwych do odkrycia tylko przez najwnikliwszych widzów. Obiecałam, że nie będę spoilerować, więc powstrzymam się przed ich wymienieniem - niech dowodem na to będzie fakt, że nigdy chyba nie byłam świadkiem tak żywiołowej publiki w kinie (nie, nie tylko ja podskakiwałam w krześle na widok prawie każdego nawiązania do starszych produkcji). Nie zawodzi również wyczekiwany przez wszystkich powrót Dartha Vadera oraz kilku innych rozpoznawalnych postaci co sprawia, że z założenia odrębna historia, osadzona jedynie w świecie wykreowanym prze George'a Lucasa staje się niezastąpionym czy nawet niezbędnym uzupełnieniem oryginalnej serii. Oczywiście większość z bohaterów to postacie zupełnie nowe, co bynajmniej nie świadczy o niemożliwości przywiązania się do nich w trakcie oglądania - całkowicie serio, nigdy bym nie przypuszczała, że można się tak emocjonalnie wciągnąć w ich historię i w efekcie wyjść z sali kinowej z mocno nadwyrężonym, fanowskim serduszkiem (jedynym ratunkiem teraz chyba będą fanfiki. Gdzie są moje fanfiki!?).

h3gulpxlkogg0njlaarn

Wcale nie mówiłam w trakcie seansu do bohaterów żeby uciekali, wcale

 Idźcie koniecznie na "Łotra Jeden" do kina, zdecydowanie jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów. Ostrzegam jednak, że ci z was, którzy zdecydowanie opowiadają się po stronie rebeliantów mogą nieco zmienić zdanie (nadal jestem za, ale już nie tak pewnie). Cytując Zwierza Popkulturalnego, "Rogue One" jest filmem, którego albo się pokocha, albo znienawidzi - to drugie zapewne właśnie ze względu na odmienne niż dotychczas ukazanie rebeliantów, zrywające z obrazem szlachetnych, wyłącznie błyskotliwych i nieustraszonych bojowników o wolność, przekonanych co do tego, że walczą w słusznej sprawie. Nawet to nie zmienia jednak faktu, że omawiana produkcja jest jedną z najciekawszych i nowatorskich części sagi Star Wars, rzucającą nowe światło na całość i zmuszającą wszystkich widzów do głębszej refleksji. Tego nam wszystkim chyba było trzeba.

A jakby kogoś to jeszcze nie przekonało, to

O MÓJ BORZE LIŚCIASTY, TA KOŃCÓWKA (dostała owacje w kinie), CO TAM SIĘ ZADZIAŁO, I JUST CAN'T, MÓWIĆ DALEJ?

giphyOK.

/yooletchka out

Don't stand so close to me, czyli Yooletchka o "Breathe in" (2013)

yooletchka

Dzisiaj będzie...o miłości. Świat się kończy, Yooletchka pisze o romansidłach, pomyśli pewnie część Czytelników, ale uspokoję was - nie byłabym sobą, gdybym zdecydowała się napisać o zwykłym, banalnym filmie. Dodam jeszcze, że moja refleksja na temat "Breathe In" trochę dojrzewała, ponieważ natknęłam się na tę produkcję przy okazji pisania sławetnej notki o instrumentach (tak, tutaj też grają, ale nie zdążyłam tego przykładu umieścić na liście), uznałam jednak, że zasługuje ona na osobny wpis. Żeby nie przedłużać, lecimy dalej, przygotujcie się na dużo ładnej muzyki, szeptania, wymownych spojrzeń i okazjonalnego cringe'u. Ostrzegałam.


breathe-in-2359012

Z premedytacją nie wstawiam na początku plakatu do filmu, bo bardzbardzo mi się nie podoba. Wystarczy wpisać tytuł w grafikę Google aby się przekonać, czym mówię

Fabuła "Breathe In" skupia się na nauczycielu muzyki, pracującym w położonym blisko Nowego Jorku miasteczku. Keith (Guy Pearce) jest nieśmiałym, raczej wyciszonym i zamkniętym w sobie artystą, nieco przytłoczonym zachowaniem swojej żony i wkraczającej w pełnoletniość córki. Cały czas ma też niespełnione marzenie - jako wiolonczelista z wykształcenia, od lat usiłuje zdobyć krzesełko w prestiżowej nowojorskiej orkiestrze, pamięta również o swoich młodzieńczych zespołowych przygodach, przerwanych koniecznością ustatkowania się. Jego spokojne i monotonne życie wywraca się do góry nogami, gdy pewnego dnia przyjmuje do domu zagraniczną studentkę z wymiany. Sophie (grana przez Felicity Jones - tak bardzo czekam na nią w "Rogue One" !) sprawia wrażenie, jakby była żeńskim odbiciem głównego bohatera, jest jednak jeszcze bardziej skryta i tajemnicza. Dziewczyna z całych sił stara się zaaklimatyzować, próbuje uczestniczyć w imprezach, szaleńczych wypadach organizowanych przez córkę Keitha, Lauren, jednak to właśnie z naszym wiolonczelistą dogaduje się najbardziej, okazują się bowiem dzielić wspólną pasję. Sophie gra na fortepianie, zadziwiająco dobrze jak na swój wiek, i właśnie dzięki tej zdolności skupia na sobie jego całą uwagę, pomimo początkowej niechęci ("Ona mi będzie przeszkadzać, ja muszę ćwiczyć" - skąd my to znamy...). Nie dziwne więc, że w niedługim czasie relacja nauczyciel - uczeń zmienia się w przyjaźń, a ta z kolei w coś więcej - pełną subtelności i delikatności wzajemną fascynację, która oczywiście szybko zostaje zauważona przez najbliższe otoczenie.

breathe-in-11-LST115470

Guy Pierce ładnie wygląda z instrumentami, just sayin'

 Szczerze się przyznam, że świeżo po obejrzeniu tego filmu miałam o nim o wiele bardziej pozytywne wrażenia niż teraz, co jest chyba wytłumaczalne - patrząc na coś z dystansu stajemy się przecież bardziej obiektywni, a w tym przypadku po prostu udało mi się dostrzec parę nieścisłości i kiks, które bynajmniej nie świadczą o tym, że nie powinniście, drodzy Czytelnicy go obejrzeć. Przede wszystkim łatwo zauważyć, że główny wątek tej produkcji nie jest bynajmniej niczym nowym, a motyw zauroczenia się nauczyciela w uczniu i odwrotnie już dawno przestał być tematem tabu, powstało na ten temat wiele mniej lub bardziej skandalizujących dzieł. Abstrahując w tej chwili od moralnego aspektu całości zagadnienia, coś w takich historiach jest, skoro nadal tworzy się z powodzeniem różnorakie wariacje znanego wszystkim schematu fabularnego. Do jednego z tematycznych poprzedników "Breathe In" nawiązałam w tytule - jest to z pewnością znana wszystkim fanom Stinga i The Police piosenka "Don't Stand So Close To Me", opowiadająca właśnie o zakochanej w nauczycielu uczennicy. Co ciekawe, w autobiografii muzyk przyznał się, że podobna sytuacja miała miejsce, kiedy przez pewien czas pracował jako nauczyciel języka angielskiego w pewnej szkole (tak, skoro zakładałam zeszyty z tekstami piosenek Stinga to mogliście się spodziewać, że czytałam jego autobiografię).

Zdążyłam już zapomnieć, jak bardzo cringe'owy jest początek tego teledysku

No dobrze, jesteśmy w stanie przeboleć w miarę schematyczną fabułę, która jednak w tym przypadku nawet się broni - nie ukrywam, że w moich oczach całość uratował fakt, że oboje bohaterów było zaangażowanych w muzykę (dzięki temu od razu stali się mi bliżsi - my, muzycy musimy się trzymać razem), a ich relacja była przedstawiona w nienarzucający się, ale jednocześnie niezwykle działający na emocje sposób. Zarówno Felicity Jones jak i Guy Pearce są świetnymi aktorami, którzy w tym przypadku doskonale wcielili się w powierzone im role, sprawiając, że bardzo trudna do ukazania i z założenia nadal dla większości kontrowersyjna więź okazała się paradoksalnie ulotna, eteryczna i jednocześnie  intensywna. Jeśli pomyślimy o tym, że ponad 90% współczesnych filmów ma mniejszy lub większy wątek miłosny wpleciony w fabułę, zaczniemy doceniać te ciekawie i autentycznie przedstawione. I w tym momencie zaczynają się moje dylematy, z jednej strony jest przekonana o wiarygodności przedstawionej relacji, spodobała mi się pod względem aktorskim obsada, ale jakby nie patrzeć, po raz kolejny w roli młodej dziewczyny, jeszcze przecież nastolatki, obsadza się 30-letnią kobietę. Co prawda piękną i nadzwyczaj młodo wyglądającą (sama się zdziwiłam, gdy dowiedziałam się o jej wieku- nie przypuszczałam, że jest o ponad 10 lat starsza od swojej bohaterki), ale siłą rzeczy zacierającą w ten sposób różnicę wiekową, która w ten sposób staje się o wiele mniej kontrowersyjna.

breathein

NO JA BARDZO PRZEPRASZAM, ale powykonaniu skomplikowanych zabiegów matematycznych doszłam do wniosku, że państwa aktorów dzieli zaledwie 16-letnia różnica wieku (może ja się za bardzo czepiam...)

 Mam świadomość, że jest to zabieg celowy, służący raczej pokazaniu nienaturalnej dojrzałości (chociaż z tym bym też dyskutowała) Sophie i uniknięciu ewentualnego skandalu, tak jak było na przykład w przypadku "Lolity" z 1997 roku, gdzie w rolę tytułowej bohaterki wcieliła się wtedy 17-letnia Dominique Swain, a partnerował jej 49-letni Jeremy Irons (oczywiście w przypadku "Breathe In" relacja ma dużo bardziej platoniczny charakter). W ten sposób jednak jesteśmy świadkami dosyć przewrotnego mechanizmu, od początku zresztą zaplanowanego przez reżysera - podświadomie zaczynamy bowiem kibicować bądź co bądź zakazanemu uczuciu, które zniszczyło albo co najmniej znacznie nadwyrężyło relacje rodzinne głównego bohatera. Daje temu wyraz jedna z lepszych scen na samym początku filmu, kiedy widzimy całą rodzinę Reynoldsów pozującą do zdjęcia. Z krótkiego dialogu między Keithem a jego żoną wynika, że nie wszystko jest takie piękne jak na zdjęciu, gdzie wszyscy są sztucznie uśmiechnięci, a po obejrzeniu całego filmu wiemy już, że tak naprawdę to jedna z ostatnich scen, rozgrywająca się po całości przedstawionych wydarzeń.

breathe-in-cast

Z rodziną zawsze wychodzi się najlepiej na zdję...oh wait

Wracając do wspomnianej (nie) dojrzałości Sophie - niewątpliwie jest dużo poważniejsza od swojej prawie rówieśniczki, córki Keitha, ma dużo bardziej zrównoważony charakter i ogólnie sprawia wrażenie bardzo inteligentnej. Niektóre dialogi sprawiły jednak, że w tę dojrzałość zaczęłam wątpić. Prawdopodobnie jest to wina scenarzysty, ale trzy czwarte rozmów między głównymi bohaterami sprowadzało się do wymiany mniej lub bardziej rozdmuchanych, pseudoartystycznych frazesów, mających chyba w założeniu wskazać na to, z jakimi Wrażliwymi Artystami mamy do czynienia. Dodatkowo w większości przypadków oboje szeptali. No cóż, chyba trochę nie wyszło (dużo bardziej by mi film podobał, gdyby rozmawiali więcej o muzyce).

tumblr_npxype5ewN1rsyukao1_500

 #deep

Podsumowując, może to z mojej lekko nieuczesanej recenzji nie wynika, ale "Breathe In" zdecydowanie warto zobaczyć, chociażby po to, aby posłuchać naprawdę pięknego soundtracku, podziwiać sprawnie grających (ale niestety nie na instrumentach) aktorów oraz klimatyczne, momentami bardzo minimalistyczne kadrowanie. Przede wszystkim jest to jednak zupełnie inna historia miłosna niż ta, do której się przyzwyczailiśmy.

 PS.: Mam nadzieję, że uda mi się w przyszłym tygodniu wyrobić z recenzją "Rogue One". W każdym razie stay tuned!

Filmy kieszonkowe, czyli Yooletchki słów parę o krótkometrażówkach

yooletchka

Szczerze się przyznam, że długo nie rozumiałam fenomenu produkcji krótkometrażowych - wydawały mi się na siłę udziwnione, efekciarskie i nabuzowane patosem oraz bardzo często bez potrzeby przygnębiające. Dopiero jakiś czas temu zaczęłam się nimi interesować na serio, także w temacie tym nie jestem bynajmniej żadnym ekspertem. Tak jak większość moich wpisów, i ten będzie wypełniony luźnymi refleksjami na temat kilku wybranych przeze mnie pozycji. U znających temat proszę o wyrozumiałość - wybór jest katalogiem otwartym, bardzo wybiórczym i (a jakże) osobistym. Endżoj!

 post-40437-nicolas-cage-enjoy-it-gif-Imgu-k2Es

Hehehehe (pozdrawiam wszystkich "wielbicieli" Tego Pana)

1. "Katedra" (2003)

Żeby nie było, że zupełnie nie znam się na tym, o czym piszę, na początku przytoczę Klasyk Klasyków, film, ktory znają chyba wszyscy, głównie za sprawą jego nominacji do Oscara w 2003 roku. Twórcy tego arcydzieła, Tomaszowi Bagińskiemu, który całą animację stworzył osobiście, należą się najwyższe honory. Owoc jego żmudnej, 3-letniej pracy prezentuje się wręcz onieśmielająco, nawet dzisiaj, po 13 latach, "Katedra" również zachwyca i hipnotyzuje (na potrzeby wpisu ją sobie powtórzyłam i byłam tak samo podekscytowana, jakbym ją widziała pierwszy raz). Opowiedziana historia jest prosta - towarzyszymy wędrowcowi w przemierzaniu ogromnej opustoszałej, zarośniętej katedry. Wokół bohatera panuje ciemność, cisza i poczucie samotności, wszystko się jednak zmienia z nastaniem wschodu słońca. Gdy pierwszy promień oświetla budynek, ten ożywa i całkowicie unicestwia ludzką postać, zamieniając ją w kolejny, strzelisty filar, powiększając tym samym jeszcze bardziej powierzchnię i tak już monstrualnie wielkiej świątyni.


kat

Najsłynniejszy filmowy kadr -  doczekał się ogromnej ilości reprodukcji, których nie da się jednak w żaden sposób pomylić z oryginałem

 Pomimo naprawdę niewielkiego, bo nieco ponad 7-minutowego czasu trwania "Katedra" robi piorunujące wrażenie. Myślę, że zdajemy sobie wszyscy sprawę, że krótka forma przekazu jest wbrew pozorom bardzo trudna do opanowania - trzeba perfekcyjnie zaplanować wszystkie kadry, drobiazgowo podejść do wszystkich szczegółów i szczególików fabularnych, tak aby historia, mówiąc kolokwialnie, trzymała się kupy. Konieczne jest umiejętne żonglowanie chęcią zainteresowania, wciągnięcia widza w wykreowany świat, ale tak, aby uniknąć natłoku informacji, obrazów i zdarzeń, których odbiorca po prostu nie będzie w stanie zarejestrować. Z ręką na sercu można stwierdzić, że Bagiński wyszedł ze wszystkiego tych potencjalnych problemów obronną ręką, jego krótkometrażówka jest wizualnie satysfakcjonująca (wyróżnia się wyjątkowo efektownym ukazaniem przestrzeni), a piękna, bardzo niepokojąca muzyka w pełni rekompensuje brak jakichkolwiek dialogów (jeśli cokolwiek w ogóle trzeba rekompensować). Krótko mówiąc - kto jeszcze, jakimś cudem, nie widział "Katedry", niech biegnie do komputera/ półki z DVD/ gdziebądź i nadrabia zaległości.

2. "Inseparable" (2007)

Wspomniałam już, że krótkometrażówki potrafią nam nieźle dokopać? Nie? To mówię teraz. W tym przypadku na warsztat bierzemy ponad 10-minutowe dzieło autorstwa Nicka White'a, które jest dowodem na ogromną siłę oddziaływania na emocje (i nie tylko) większości produkcji krótkometrażowych - z tego powodu są bardzo często zaangażowane w kampanie społeczne, produkowane chociażby na potrzeby akcji charytatywnych. To właśnie ze względu na format produkcji można mówić o swoistej kumulacji czy wręcz kondensacji wrażeń i przeżyć, które sprawią, że z pewnością o przedstawianej problematyce się nie zapomni. Oczywiście, niektórzy na pewno nazwą to zgrabnym chwytem marketingowym, ale osobiście jestem przekonana, że za większością tych dzieł kryje się o wiele ważniejszy cel i przesłanie. Ale wracamy do przykładu. Joe wiedzie przykładny żywot męża i ojca, ma dobrą pracę, a jego codzienność jest raczej spokojna i poukładana. Wszystko się jednak zmienia z chwilą, gdy bohater dowiaduje się, że cierpi na zaawansowaną w rozwoju chorobę nowotworową, a jego stan zdrowia pogorszy się w zabójczym tempie. W tej dramatycznej sytuacji postanawia się skontaktować ze swoim bratem bliźniakiem, żyjącym na drugim końcu świata, uzależnionym od hazardu i alkoholu oberwańcem. Joe i Charlie spotykają się twarzą w twarz po wielu latach i razem podejmują decyzję, aby...zamienić się rolami. Zdrowy Charlie wraca do żony i synka Joego (kobieta odkrywa zamianę niemalże od razu, dziecko jest trochę na to za małe) a ten odchodzi, aby w samotności zakończyć swoją ziemską wędrówkę.

InterviewNickWhite_ReverseShot780

Jak ktoś ma ochotę na Benedicta Cumberbatcha x2 to zapraszam do oglądania, ale ostrzegam, będzie bolało

No i co, serce nadal na swoim miejscu? Tych, co jeszcze nie widzieli pewnie jeszcze tak, ale się to pewnie z momentem obejrzenia zmieni. "Inseparable" porusza bowiem nie tylko historią, która bez wątpienia jest clou całości, ale także niezwykle wiarygodną grą aktorską. Nie będę oryginalna kiedy powiem, że Benedict gra zabójczo przekonująco - gdy weźmie się jednak pod uwagę to, że grał w tym filmie jednocześnie dwie osoby, zupełnie różniące się od siebie charakterem i podejściem do życia, mało kto tego nie doceni, nawet potencjalny antyfan (tacy istnieją???) Pana Ogórka. Trzeba mieć nie lada zdolności aby odegrać wiarygodnie tak ogromny dramat, bez zbytniego patosu, egzaltacji i fałszywych emocji. Dodatkowo na korzyść filmu przemawiają oszczędne ale przemyślane kadry, pozwalające skupić uwagę na najważniejszym oraz subtelna muzyka, idealnie pasująca do przedstawianej sytuacji. Oglądajcie, ale po raz kolejny uprzedzam, there will be a lot of feels (a jak ktoś chce jeszcze popłakać do twarzy wspomnianego pana, to polecam "The Third Star").

3. "Pitch Black Heist" (2011)

Przechodzimy do kolejnej perełki ( nagrodzonej zresztą BAFTą za najlepszy film krótkometrażowy w 2012 roku), w reżyserii Johna Mcleana, z Michaelem Fassbenderem, Liamem Cunninghamem oraz Alexem MacQueenem. Już widzimy, że zapowiada się dobrze, ale żebym nie wyszła kolejny raz na nieuleczalną fangirl, postaram się w miarę merytorycznie przekonać was do tego dzieła. Sama fabuła jest już bardzo oryginalna, opowiada bowiem o dwóch, nieco zblazowanych specjalistów od włamywania się do sejfów i obchodzenia towarzyszących im zabezpieczeń. Pewnego dnia dostają dosyć nietypowe zadanie, mają bowiem dostać się do skrytki chronionej poprzez niezwykle czułą fotokomórkę, reagującą sygnałem alarmowym na nawet najmniejszy sygnał świetlny. Panowie na opracowanie planu i oswojenie się z nieuchronną ciemnością mają trochę czasu, dopiero jednak w ostatniej chwili dociera do nich powaga sytuacji w jakiej się znajdują. Wtedy też okazuje się, że obaj wcale nie są obaj tacy godni zaufania, jak to się na początku wydawało.

MV5BMTM1MTExNjQ1N15BMl5BanBnXkFtZTcwMjIxODQ2NQ@@._V1_

"Czarna robota" (tak brzmi polski tytuł) jest filmem doskonale wyważonym, z przepięknymi, czarno-białymi, niezwykle klimatycznymi kadrami i świetną muzyką - długo nie zapomnę Fassbendera tańczącego i śpiewającego do "If There Are Stars In My Eyes" Teresy Brewer. W gruncie rzeczy jest to produkcja poważna (cokolwiek miałoby to znaczyć), ostrzega bowiem między innymi przed ocenianiem ludzi po pozorach (tak jak to zrobił Liam), ale odnajdziemy w niej kilka niewymuszenie zabawnych momentów, na przykład wtedy, gdy pijani jak bela panowie rzezimieszkowie podążają na miejsce, gdzie mają wykonać swoją pracę, wymagającą przecież niezwykłej precyzji i chłodnego umysłu. Dodatkowo śmieszne jest to, że bohaterowie mają na imię tak samo jak aktorzy, którzy się w nich wcielają. Podsumowując, duet Cunningham- Fassbender to jest coś, co powinien zobaczyć każdy miłośnik kina, a już szczególnie fan obu aktorów. Zdecydowanie warto.

4. "Little Favour" (2013)

Wcale, ale to wcale nie jestem monotematyczna. No może trochę, ale na ten film zdecydowanie warto zwrócić uwagę, szczególnie, że jest to przykład na to, jak bardzo można zabawić się widzem podczas tych drobnych kilkudziesięciu minut (w tym przypadku jest ich około dwadzieścia). Tym razem mamy do czynienia z historią byłego żołnierza, zmagającego się z powojenną traumą, który zostaje poproszony przez swojego dawnego kompana o przysługę, polegającą na czasowym zaopiekowaniu się jego córką. Wallace (bo tak ma na imię główny bohater, grany przez - nie inaczej - Benedicta Cumberbatcha) z niechęcią przystaje na jego prośbę, nie wie jednak, że jego zadanie jest o wiele bardziej wymagające. Sytuacje wymyka się zupełnie spod kontroli, kiedy on i dziewczynka zostają uprowadzeni przez grupę rosyjskich (a jakże) gangsterów, żądających ujawnienia miejsca pobytu ojca dziecka. 

little_favour

Benio wygląda tutaj bardzo podobnie, jak w "Sherlocku", dlatego fani prawie dostali zawału, kiedy zobaczyli TAKIE zdjęcia

 "Little Favour" odradzam wszystkim tym, którzy są bardziej wrażliwi na krwawe sceny w filmach - tutaj trochę ich jest, ponieważ rozmowom z mafią bynajmniej nie towarzyszy dystyngowane picie herbaty z porcelanowych filiżanek. Ostatnie 3 lata trochę mnie uodporniły na sceny przemocy w filmach, ale wciąż pamiętam niewinną Yooletchkę, wzdrygającą się przed ekranem komputera na widok niektórych fragmentów. Wbrew pozorom, ta produkcja nie jest jednak jedynie rozszerzoną wizualizacją spuszczania manta Benedictowi w podkoszulku, tak samo jak przytoczona przeze mnie na początku historia nie jest wcale tak oczywista jak się wydaje. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz obejrzałam ten film byłam tak zdezorientowana, że nie byłam w stanie prawie w ogóle określić, co się tak naprawdę wydarzyło (po części może dlatego, że wciąż byłam w szoku po zobaczeniu zakrwawionego Pana Ogórka), a zakończenie, którego oczywiście nie zdradzę, zupełnie zbiło mnie z tropu. Nie zmienia to faktu że "Little Favour" zdecydowanie warto zobaczyć, chociażby właśnie ze względu na intrygującą, trudną na początku do zrozumienia akcję. Polecam!

5. "Dog Food" (2014)

Przyszła pora na film, który mnie autentycznie przeraził pomimo tego, że nie jest straszny w typowy sposób. Opowiedziana historia też nie jest tak naprawdę wstrząsająca...do czasu, oczywiście. Krótko o fabule - młody mężczyzna o imieniu Declan (rewelacyjny Cory Michael Smith) jest rzeźnikiem, pracuje w lokalu oferującym świeże, pochodzące z ekologicznego źródła mięso. Jego najlepszym i jedynym zarazem przyjacielem jest piesek o imieniu Ralphie, który towarzyszy mu niemalże w każdej chwili. Do sklepu zaczyna przychodzić młoda dziewczyna, z którą główny bohater odnajduje nić porozumienia, a po kilku spotkaniach i rozmowach Eva (Amanda Seyfried) zaprasza go na obiad do swojego mieszkania, które dzieli razem z ponurym i nieprzystępnym bratem, Michaelem. Tego samego dnia okazuje się, że pies Declana zaginął, a nieporozumienia wynikłego podczas wspólnego posiłku nie da się już naprawić.

dogfood1

 Cudowny piesek, cudowny aktor, przerażająca historia...czego chcieć więcej?

Ten z konieczności jak najbardziej enigmatyczny opis nie zawiera jednego ważnego wątku, którego jednak wyjawienie mogłoby zepsuć zabawę niektórym dociekliwym czytelnikom. Poprzestanę więc na stwierdzeniu, że to stosunkowo mało popularne dzieło stanowi potencjalnie wartościowy materiał do dyskusji, zwłaszcza, że żaden z przedstawionych bohaterów nie jest w tym przypadku tym, kim się wydaje (no dobrze, może z wyjątkiem psa), nawet uroczy, nieśmiały i uprzejmy Declan. Zachęcam bardzo do obejrzenia, szczególnie właścicieli psów wszelkiej rasy i maści. Ale nie tylko ich, oczywiście.

6. "Goldfish" (2007)

Cztery słowa: GADAJĄCE RYBKI I FASSBENDER. Powinno wystarczyć.

 

To już koniec mojej subiektywnej listy filmów krótkometrażowych, a przynajmniej jej pierwszej części, bo może pojawią się jej kolejne odcinki. Stay tuned!

/yooletchka out

 

 

Wszyscy potrzebujemy kuloodpornego bohatera, czyli "Luke Cage" z perspektywy Yooletchki

yooletchka

Dzisiaj znowu o serialu Netflixa, który obejrzałam już jakiś czas temu, lecz uznałam, że dopiero w tym momencie moje jak zwykle nieuporządkowane refleksje dojrzały na tyle, aby je Wam, Czytelnikom, zaprezentować (to wcale nie jest wymówka, którą próbuję usprawiedliwić mój brak ogarnięcia, wcale). Endżoj!

tenscupcake

Kto wie, może to wszystko przez Kilgrave'a

Przyznam się szczerze, jestem zdecydowaną wielbicielką ostatnich produkcji platformy Netflix, szczególnie, jeśli chodzi o produkcje superbohaterskie - po rewelacyjnych dwóch sezonach "Daredevila" oraz "Jessice Jones", która zachwyciła chyba wszystkich, którzy zdecydowali się ten serial obejrzeć, nie mogłam się doczekać momentu, kiedy zostanie udostępniony "Luke Cage" (tak, zdecydowanie należę do ludzi uprawiających tzw. binge - watching, szczególnie, jeśli się wkręcę). Nie tracąc ani chwili zasiadłam we Właściwym Czasie do komputera i przepadłam na co najmniej jeden dzień, ponieważ nasi bohaterowie byli zdecydowanie zbyt intyrygujący, aby ich opuścić, nawet na krótką chwilę. I, oczywiście, było warto. Nigdy w życiu nie przyszło mi oglądać czegoś takiego jak "Luke Cage", który mimo wspólnej tematyki jest zupełnie inny od wymienionych wcześniej produkcji, co bynajmniej nie stawia go w gorszym położeniu. Sami przekonajcie się, dlaczego.

giphy

Na co czekacie, czytajcie dalej. Also, *MILD SPOILERS AHEAD*

Luke jest z pozoru zwykłym mieszkańcem dzielnicy Harlem w Nowym Jorku. Ciężko pracuje w zakładzie fryzjerskim "U Popa" oraz na zmywaku w klubie należącym do Cornella "Cottonmautha" Stokesa. Ledwo wiąże koniec z końcem, próbując zarobić na wiecznie odkładaną zapłatę za czynsz. Wokół niego trwają mniej lub bardziej kamuflowane konflikty pomiędzy gangami oraz przestępcami, do których należy między innymi właściciel wspomnianego lokalu, o nazwie "Harlem Paradise". Luke, pomimo swoich oczywistych umiejętności (serial został skonstruowany tak, że niemalże od samego początku wiemy o jego nadprzyrodzonych zdolnościach) początkowo próbuje trzymać się z tyłu i nie wtrącać się w niebezpieczne zagrywki, ale gdy sprawy przybierają obrót, którego się nikt nie spodziewał (nieplanowaną ofiarą w jednym ze skoków jest właśnie Henry "Pop" Hunter, przyjaciel i swoisty mentor bohatera) postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Rozpoczyna solową walkę przeciwko potężnemu przeciwnikowi - swojemu byłemu pracodawcy, dysponującemu pieniędzmi, wpływami i wysoko ustawioną kuzynką, obejmującą stanowisko radnej. Konflikt, początkowo jedynie dwustronny, stopniowo ogarnia całą dzielnicę, razem z policją, innymi mieszkańcami oraz (niewieloma) przyjaciółmi Luke'a, a sam bohater staje niespodziewanie w obliczu śmiertelnego zagrożenia, kiedy okazuje się, że wcale nie jest taki stuprocentowo niezniszczalny (wink, wink, Diamondback). Nasz superbohater zmuszony jest zmierzyć się z demonami przeszłości, zarówno w tej dosłownej jak i bardziej wyimaginowanej postaci, a pomagają mu w tym...ścigająca go policjantka oraz świeżo przybyła z Hell's Kitchen pielęgniarka (tak, TA pielęgniarka).


NEBM18AMDcY8EJ_2_b

 Tak, temu panu się właśnie łamie nadgarstek

 Wszystkim wzdychających w tym momencie ze zniecierpliwieniem uspokoję - serialowi daleko jest do kolejnej, oklepanej już historii walczących gangach, i chociaż taki element tutaj znajdziemy, nie jest on z pewnością najważniejszy, stanowi bowiem tylko tło do ważniejszych wątków. Luke, grany przez rewelacyjnego Mike'a Coltera, jest również postacią co najmniej niebanalną, która łączy w sobie wiele sprzeczności i tajemnic z przeszłości, których, na szczęście, większość jest dane widzom poznać. I rzeczywiście, backstory Luke'a jest fascynująco przedstawioną historią, idealnie dopełniającą obraz bohatera zarówno w tym serialu jak i innych produkcjach Netflixa, w których się pojawił. Wyjaśnia się jego niemalże programowy brak zaufania do kobiet, pragnienie stabilizacji oraz wmieszania się w tłum, co mu się zresztą w ogóle nie udaje, Luke staje się bowiem sławny, w bardzo specyficzny sposób - z jednej strony jako fałszywie oskarżony kryminalista, któremu depcze po piętach policja i zdenerwowani panowie gangsterzy, z drugiej strony jako dobroczyńca, niepotrafiący przejść obojętnie obok poszkodowanych "maluczkich" (nawet jeśli chodzi o starszą panią wynajmującą mu mieszkanie), o którym improwizują zaproszeni do uczestnictwa w audycji radiowej raperzy. Jego życie komplikuje się jeszcze bardziej, gdy przez metodyczne działanie niejakiego Shadesa zostaje wrobiony we wspomniane morderstwo pewnej grubej ryby ( nie napiszę kogo, bo byłby to spojler iście ciężkiego kalibru) i tym samym staje się poszukiwanym numer jeden. Nie jest więc w tym momencie podobny ani do pani detektyw Jones, owładniętej pragnieniem zemsty na jej prześladowcy, ani do Matta Murdocka, który jako Daredevil jest nierozpoznawalny prawie przez wszystkich (bo przecież są zawsze jakieś wyjątki). Oczywiście, jako bohater posiadający niezwykłe umiejętności, w jego przypadku niezniszczalną skórę oraz ogromną siłę, jest w pewien sposób jednym z nich, ale jednocześnie pewne jego cechy są zupełnie wyjątkowe, co sprawia, że w porównaniu z nimi stoi nieco na uboczu.

 luke-cage

 Ja tylko wpadłem do spożywczego

Pewnie z tą opinią nie będę oryginalna, ale zdecydowanie największą zaletą, obok naprawdę świetnej muzyki (serio, oddałabym każde pieniądze za płytę z soundtrackiem) są doskonałe postacie, z których każda, nawet pozornie nic nie wnosząca do rozwoju fabuły, posiada ten charakterystyczny rys, sprawiający, że od oglądania nie można się prawie oderwać. Warto przy tym zwrócić uwagę na obsadę, która, przy ostatnich głośnych castingowych kontrowersjach jest szczególnie ważnym dowodem na to, że ciemnoskórzy aktorzy radzą sobie w filmach i serialach równie dobrze, jak biali, jeśli nie nawet czasami lepiej. Błyszczy oczywiście aktor odgrywający tytułowego bohatera, ale na uwagę zasługuje również Simone Missick, wcielająca się w detektyw Misty Knight - rezolutną, inteligentną i silną kobietę, potrafiącą o siebie zadbać i doskonale wykonującą swoją pracę. Nawet ona jednak nieco traci w porównaniu z Claire Temple (Rosario Dawson), która jest według mnie jedną z najlepszych bohaterek Marvelowskich w ogóle. Jak to trafnie określiła 221BakerStreet, bez niej Daredevil nie przeżyłby nawet pierwszego sezonu, po tym, jak czerwony ninja rozpłatał go na kawałki. Także Luke, w zetknięciu z wykorzystującym metodę Chitauri pociskiem był zdany na jej pomoc. Szczerze mówiąc, bardzo trudno mi opisać, dlaczego Claire budzi we mnie taką sympatię - na pewno zasługuje na uznanie z powodu jej bezinteresowności i woli pomocy w każdych okolicznościach (z pewnością wywlekanie Daredevila ze śmietnika nie było przyjemne), ale to chyba jej samodzielność, cięty język i zimna krew zrobiły na mnie największe wrażenie. You go, girl!

ClaireTempleS1E11

Tak, ta pani ratuje tyłki połowie superbohaterów Marvela. Nie bez przyczyny w komiksach nosi pseudonim "Night Nurse"

Oczywiście, żaden chyba serial Netflixa nie miałby racji istnienia, gdyby nie nawiązania do innych produkcji, w tym przypadku z uniwersum Marvela. Wspomniana Claire była łącznikiem pomiędzy trzema serialami, nie brakowało jednak licznych nawiązań do Avengersów (na przykład scena, której Luke zasłaniał się jak tarczą drzwiami od samochodu, albo chłopak sprzedający na ulicy płyty z wyczynami "tego, dużego, zielonego kolesia") czy komiksowych odpowiedników. Podobnie jak w "Jessice Jones", gdzie bohaterka wyśmiewa własny, komiksowy strój, Luke rezygnuje z niezbyt twarzowego srebrnego diademu, żółtopomarańczowej koszuli i mosiężnego łańcucha na biodrach na rzecz workowatych bluz, niszczących się w ekspresowym tempie oraz, okazjonalnie, garnituru, co oczywiście jest zdecydowanie korzystną zmianą. Mimo oczywistych różnic pomiędzy tą a poprzednimi superbohaterskimi produkcjami Netflixa, zdecydowanie widać aspekty wspólne, jakimi są na przykład spektakularne, pięknie doświetlone kadry (Jessica skąpana była w fioletowych promieniach, Daredevil walczył na tle szyb odbijających brudnożółte światło lamp, a Luke odbija kule i nokautuje wrogów otoczony brązem, pomarańczą i żołcią) i wspomniana już muzyka, która jednak w tym przypadku jest jeszcze bardziej wyjątkowa, łączy bowiem muzykę jazzowo-bluesowo-soulową z hip-hopem i rapem. Ta jedyna w swoim rodzaju mieszanka jest jednak o wiele bardziej niż znośna dla ucha i sprawia, że wczuwamy się jeszcze intensywniej w specyficzny klimat dzielnicy Harlem.

75732

Tak, Luke nienawidzi kupować ciuchów

Skłaniając się ku zasadzie, że nie ma seriali idealnych, nie mogę nie zadać jednego, zastanawiającego każdego odbiorcę pytania - Gdzie Jest Jessica Jones? Chyba wszyscy widzowie w trakcie oglądania zadawali sobie to pytanie, mając w pamięci ich burzliwą relację (w końcu nie każda dziewczyna strzela swojemu chłopakowi w głowę) i do ostatniej chwili mieli nadzieję, że chociaż na ułamek sekundy się pojawi. Niestety, po naszej ukochanej pani detektyw - alkoholiczce nie ma śladu innego niż tylko słowne wspomnienia. Szkoda, ale należy wziąć poprawkę, że po pierwsze akcja rozgrywa się w zupełnie innej dzielnicy, a Jessica pewnie w tym czasie ma wiele innych spraw do załatwiania (jak na przykład naprawa zamka i wstawianie szyby do drzwi). Poza tym, z tego, co wiadomo o zapowiedzianych już produkcjach Netflixa i Marvela, Jessica i Luke się jeszcze nie raz spotkają, na całe szczęście.

 gallery1450521111ustvjessicajonesfinale51

Wszyscy będziemy tęsknić, tak jak Jessica

Polecam "Luke'a Cage'a" wszystkim, szczególnie fanom Marvela, którzy z pewnością się nie zawiodą. I mylą się ci, którzy twierdzą, że serial ten, z powodu swojego nieco odmiennego od innych klimatu jest niepotrzebny, czy poruszana tematyka jest błaha. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie, zwłaszcza, jeśli spojrzymy na aktualne wydarzenia dotyczące Afroamerykanów i ogółu ciemnoskórej ludności. Mając takie odniesienie z pewnością zgodzimy się ze zdaniem jednej z bohaterek serialu, że świat potrzebuje symbolu kuloodpornego, ciemnoskórego człowieka, który nie ulegnie żadnej formie przemocy i represji.

5105673-tumblr_ny6fk5uw9j1tctq75o1_500

© Sztuczne raje
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci