Menu

Sztuczne raje

Blog popkulturalny, okolicznościowo aktualizowany

YOOLETCHKA

Braterstwo krwi, czyli Yooletchka o "Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć: Zbrodnie Grindelwalda"

yooletchka

WE ARE BACK

*łzy wzruszenia, komitety powitalne, gratulacje*

gzUBl68

Po kilku wyczerpujących dla Redakcji miesiącach, wypełnionych odświeżaniem Usosa, zakuwaniem do egzaminów i przysypianiem nad podręcznikami (ale nie tylko, żeby  było jasne), jesteśmy z powrotem. Mamy nadzieję, że na stałe,  chociaż, szczerze mówiąc, nic nie jest pewne, ponieważ sezon tortur dla studentów właściwie dopiero się rozpoczął, i nie skończy się jeszcze przez parę długich miesięcy. Nie zamierzamy się jednak poddawać, i obiecujemy zrobić wszystko, aby Sztuczne Raje były znowu tym, czym były na samym początku. Dzisiaj na tapetę bierzemy rzecz świeżutką, czyli drugą część z serii "Fantastycznych Zwierząt" - zapraszamy do lektury!

1*pmc6tQUPHWMVMg5UJlUpZw

Oczywiście, część Sztucznych Rajów wylądowała w kinie równo 16 listopada, ponieważ nie mogła wytrzymać ani chwili dłużej

Na wstępie przyznam już, że miałam dość wygórowane oczekiwania co do tego filmu, pewnie dlatego, że pierwsza część w moim mniemaniu jest bardzo udana. Hype przed seansem potęgowały dość dobrze zestawione zwiastuny i materiały promocyjne, z których wynikało, że czeka nas produkcja jeszcze lepsza i nakręcona z większym rozmachem niż "Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć". Obiecujące było  prawie wszystko - zapowiedzi castingowe (Jude Law jako młody Dumbledore!), pierwsze promocyjne kadry i filmowe lokacje (powrót do Hogwartu!). Słowem - sequel miał się po prostu udać. I, tak jak generalnie bardzo trudno mi marudzić na produkcje, które lubię i do których jestem w jakiś sposób przywiązana emocjonalnie, to w tym przypadku po prostu nie mogę się powstrzymać. Musicie mi to, drodzy (zaniedbani, ale mam nadzieję, że nadal istniejący!) Czytelnicy wybaczyć.

spoilers-gif-21*jak zwykle ostrzegam przed spoilerami, raczej będzie ich dużo, więc jeśli jeszcze filmu nie widzieliście, a zamierzacie, to biegnijcie do kina, a po powrocie możecie dalej czytać*

Sam tytuł sugerował już, że film będzie się raczej skupiał na osobie Grindelwalda, jego poczynaniach i...naszych ukochanych fantastycznych zwierzątkach (one nadal są w tytule, nie zapominajmy o nich!). Śpieszę jednak donieść, że ta przewidywana proporcja została dość mocno nadwyrężona. Do tego stopnia, że oglądając tę część ma się wrażenie, jakby w filmie nie było głównego bohatera. Z pewnością nie jest nim Grindelwald, Newt (i tutaj szkoda, Eddiego Redmayne'a mogłabym oglądać zawsze i wszędzie), na pewno nie są to wszelakiej maści magiczne stwory, które w filmie co prawda są, ale zostały niejako zakopane pod dywan. "Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda" dają jakby namiastkę głównego bohatera, którego wątek jest najbardziej rozbudowany i dotyka największej ilości postaci, ale z pewnością nie jest w tej produkcji w pełni rozwinięty, tak, aby można było bez cienia wątpliwości stwierdzić, że widzimy właśnie na ekranie najważniejszą postać.

landscape-1533657803-rev-1-fbcog-cctrlr-012-high-res-jpeg

Film dość łopatologicznie sugeruje, że Credence (aka Corvus aka Aurelius, o czym później) jest ważny, nie jednak na tyle, żeby go dostatecznie wyeksponować. Dostajemy zamiast tego niezbyt ciekawy wątek "romantyczny" i...śmiechu warte zakończenie

Idąc na film nie miałam świadomości, że z tej serii powstaną  oprócz niego jeszcze co najmniej trzy części (!), tak więc przez cały czas seansu zastanawiałam się...do czego to wszystko prowadzi, i jak twórcy zamierzają zamknąć historię w następnym filmie (mój mózg automatycznie przyjął teorię, że będzie to trylogia). Zasadniczym problemem "Zbrodni Grindelwalda" jest bowiem masa rozpoczętych wątków, ogrom nowych postaci (w większości niestety jednak z nierozwiniętym zupełnie ich potencjałem) oraz brak głównego motywu przewodniego. Gdy na tę produkcję spojrzymy mając w pamięci fakt, że na pewno powstaną następne części, to robi nam się trochę z niej taki film "przejściowy", którego zadaniem było wypełnienie przestrzeni pomiędzy początkiem a spektakularnym końcem. Problem w tym, że...następna część nie będzie finałem.

nagini A propos niewykorzystanego potencjału - internet zdębiał, gdy gruchnęła wieść o Nagini w ludzkiej postaci (granej przez Claudię Kim), sama bohaterka jednak nie przyciąga uwagi tak, jak mogłaby to robić, a jej relacja z Credence'em nie jest niczym innym niż tylko trzymaniem się za rączki z minami smutnych szczeniaczków

Jakby tego mało, "Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindewalda" kuleją również pod względem ukazania rozwoju charakterologicznego postaci. Jednym z ważnych wątków była kwestia orientacji seksualnej Albusa Dumbledore'a - cała sprawa z Grindelwaldem opiera się właściwie na relacji pomiędzy dwójką czarodziejów, których kiedyś łączyło (i pewnie nadal łączy) uczucie. I naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego w filmie, który właściwie od początku był tworzony pod okiem J.K. Rowling, unika się jak ognia tego tematu (mamy właściwie dwie sceny, z których można się czegoś domyśleć, ale nic wprost nie jest powiedziane). Zamiast tego okazuje się, że Gellert zawarł przed laty z Albusem tzw. "braterstwo krwi", przez które nie mogą ze sobą bezpośrednio walczyć, i właśnie dlatego Dumbledore nie może wejść w otwarty konflikt ze swoim przeciwnikiem. Wcale nie dlatego, że nie jest w stanie walczyć z mężczyzną, którego kiedyś kochał, wcale nie. Dlaczego Pani Szanowna Autorka ucieka od wątku, który sama wymyśliła (obwieszczając to bodajże na Twitterze)?

Fantastic-Beasts-ReviewJude Law jako młody Dumbledore sprawdza się na szczęście bardzo dobrze, chociaż momentami w jego usta są włożone tak dziwnie napisane kwestie, że brzmi jakby cytował starszego samego siebie (chociaż kto to wie, może Albus od dziecka był skarbnicą mądrości życiowych)

Wracając jeszcze do niezbyt dobrze rozwiniętych i poprowadzonych wątków postaci (bo niestety zarzut ten nie dotyczy wyłącznie Albusa) - to, co "Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda" zrobiły z Queenie, woła o pomstę do nieba. Pamiętacie uroczą, trochę tylko irytującą, sprytną i rezolutną czarownicę z pierwszej części? Śpieszę donieść, że prawie nic z niej nie zostało - sequel prezentuje nam niezbyt rozgarniętą dziewczynę, z niezdrową obsesją na punkcie tego, żeby zaręczyć się i wyjść za mąż (bez wiedzy pana narzeczonego, oczywiście pana Kowalskiego, który nadal daje radę, ale jest zdecydowanie mniej śmieszny), a kiedy plan się komplikuje, prawie bez wahania dołącza do rzeszy popierającej Grindelwalda. Nie wiem, kto stoi za decyzją takiego poprowadzenia jej historii, ale jedno jest pewne - powinien się co najmniej wstydzić. Ten sam problem dotyczy w sumie nowej postaci, Lety Lestrange, której, rodem z jakiejś telenoweli, łzawa historia o podmienieniu własnego młodszego brata na tonącym statku...bo płakał, bynajmniej nie nastraja pozytywnie. I pomyśleć, że to ona była pierwszym obiektem uczuć Newta... (btw sama wspominka z lat młodości w Hogwarcie była bardzo urocza, ale to nie wystarczy, żeby mnie przekonać.)

landscape-1533660486-rev-1-fbcog-tsr-040-high-res-jpegZoe Kravitz wygląda przepięknie jako Leta, ale to nie wystarczy, żeby poczuć z postacią jakikolwiek związek emocjonalny

 No i dotarliśmy, drodzy czytelnicy, do gwoździa programu, czyli osoby Grindelwalda. Decyzja o obsadzeniu Deppa w tej roli była dość kontrowersyjna, ale nad tym już większość przebolała przy okazji pierwszej części. Niestety, przy całej mojej chęci docenienia nowego czarnego charakteru, nie można w żadnym wypadku stwierdzić, że Gellert jest dobrze napisaną postacią. Brakuje mu charyzmy i cech charakterystycznych, które sprawiłyby, że stałby się w jakiś sposób obiecujący (nie oszukujmy się, skrywanie się pod toną charakteryzacji i białą peruką dawno przestało Deppowi wystarczać).Najtrudniejsze jednak do zaakceptowania jest to, że film miał opowiadać o szokujących przewinieniach bohatera (to sugeruje tytuł), a tak właściwie nie zostało pokazane nic takiego, co sprawiłoby, że zakwalifikowalibyśmy Grindelwalda jako tego ultra-złego, niebezpiecznego i przyciągającego uwagę. Szkoda, bo pierwsza scena transportu i ucieczki z więzienia prezentowała się naprawdę fajnie.

tppgrindelwald4

Postać Grindelwalda mogłaby być z pewnością jedną z najciekawszych w Potterowskim uniwersum. Niestety, jak na razie na to się zupełnie nie zanosi

Zdążyliście się już pewnie zorientować, że się filmem nieco rozczarowałam. Nie oznacza to bynajmniej, że mam poczucie straconych dwóch godzin - uważam po prostu, że"Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć: Zbrodnie Grindelwalda"  mogły być z łatwością dużo lepszym, kontynuującym dobrą tradycję filmem, coś po prostu poszło nie tak, i to na kilku płaszczyznach. Nie twierdzę, że jest to film zły - nadal da się w nim znaleźć kilka naprawdę zachwycających, śmiesznych i uroczych momentów (przepiękne nowe stworzenia, czyli kelpie i Zouwu, scena z Newtem i Tiną w archiwum czy też flashbacki z Hogwartem w roli głównej), ale niedopracowane, pospiesznie zawiązane wątki i papierowe postacie sprawiają, że nie mogę tej produkcji ocenić zupełnie pozytywnie. Na seansie świetnie się bawiłam (chociaż w żadnym razie nie tak dobrze, jak na pierwszej części) i nie wykluczam, że niektórym to, o czym piszę nie będzie zupełnie przeszkadzać. Jak zwykle - idźcie do kina i sami się przekonajcie, co myślicie.

zouwu

Zouwu jest przecudowne i scena z grzechotką to najlepsze, co się filmowi przydarzyłoS

PS 1.: Ostatnią scenę, w której Credence dowiaduje się o swoim prawdziwym pochodzeniu (oczywiście od Grindelwalda, któremu bez wątpienia należy przecież bezgranicznie ufać) da się podsumować tylko w jeden sposób: XDDD

PS 2.: Walka na cmentarzu była jedną z najbardziej tandetnych scen jaka kiedykolwiek powstała w filmowym Potterowskim uniwersum.

PS 3.: Bardzo dziękuję Natalii, która świeżo po seansie przegadała ze mną wszystkie najważniejsze niedociągnięcia <3

 

/yooletchka out

underwater

bonusowy Newt i kelpie bo to jest rzecz cudowna 

Thanos will return, czyli Yooletchka o "Avengers: Infinity War" part 1

yooletchka

Wiem, wiem, nie będzie nowością jak napiszę, że byłam na pokazie przedpremierowym - ci, co tu co jakiś czas zaglądają, wiedzą, że niektóre produkcje, szczególnie te wiążące się u mnie ze sporym emocjonalnym zaangażowaniem staram się oglądać jak najwcześniej. (Zwłaszcza, że spoilery zdradzające kluczowe aspekty fabuły krążyły po sieci dosłownie tego samego dnia - ci, co jeszcze nie widzieli niech uważają). Nie będę również ukrywać, że wobec nowego filmu ze stajni Marvela miałam nieco wygórowane oczekiwania, po świetnym nowym "Thorze" chciałam zobaczyć coś, co chociaż dorównuje poziomem wspomnianej produkcji. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie miała całej garści obiekcji i najgorszych możliwych scenariuszy, co do których obawiałam się, że się ziszczą.

pessimistic-quote-1-picture-quote-1Nic na to nie poradzę, że jestem typem widza - pesymisty - czasami bardziej martwię się, żeby czegoś nie zepsuli niż ekscytuję się tym, że powstanie film

Po pierwsze, od początku nie przemawiała do mnie postać Thanosa, a to co zrobili z nim w tym filmie utwierdziło jeszcze bardziej w przekonaniu, że gościa nie znoszę, co więcej, nie jestem w stanie go wziąć na poważnie. Po drugie, bałam się, że przy tak dużej zbieraninie postaci (widzieliście zdjęcia albo relacje z premiery? - aktorzy zajmowali ponad trzy rzędy na scenie) niektóre wątki i bohaterowie zostaną potraktowani powierzchownie oraz ich potencjał nie zostanie w pełni wykorzystany. Co tu dużo mówić, bracia Russo mieli przed sobą zadanie momentami wręcz karkołomne, wymagające nadzwyczaj ostrożnego zaplanowania fabuły, wyraźnego pomysłu i przemyślanego scenariusza. Jak i czy im się to udało? - czytajcie dalej.

avengers-infinity-war-et00073462-02-04-2018-09-21-43

No i powstał przy okazji kolejny plakat, na który brakuje mi miejsca na ścianie, a zdecydowanie chciałabym wejść w jego posiadanie

 Tradycyjnie, na początek zarys fabuły, która już na początku nie jest zbyt prosta. W prawie wszystkich, poprzednich produkcjach Marvela zasygnalizowany był fakt istnienia tzw. Kamieni Nieskończoności, czyli według marvelcinematicuniverse.wikia.com (tak, też czasami robię research w celu znalezienia bardziej zgrabnego od własnych słów ujęcia) "sześciu niesamowicie potężnych obiektów powiązanych z innymi aspektami wszechświata, stworzonych przez Kosmiczne Byty. Każdy z kamieni posiada wyjątkową moc, która przez tysiąclecia zmieniana i rozwijana była przez liczne pozaziemskie cywilizacje". Klejnoty te, zazwyczaj zamknięte w jakimś artefakcie w ramach ochrony (przykładowo, Kamień Przestrzeni w Tesserakcie - tak, to ta śmieszna, niebieska kostka na punkcie której miał obsesję Loki, czy też Kamień Czasu w Oku Agamotto) miały swoich strażników i powierników, którzy strzegli ich przed niepożądanym użyciem czy też ich zgrupowaniem, które mogłoby doprowadzić do unicestwienia wszechświata i jego mieszkańców. Były również rozlokowane w różnych miejscach i na często oddalonych od siebie, niedostępnych planetach, co sprawiało, że jedna osoba nie była nigdy w stanie ich wszystkich zebrać. No i tutaj dochodzimy, moi drodzy Czytelnicy, do wyrażenia, którego chyba nikt nie lubi - do czasu. Thanos, śmieszny niebieski (tfu, teraz fioletowy) gigant, zmęczony najwyraźniej nieudanymi sojuszami oraz targowaniem się z osobami, które go i tak zdradziły (I am looking at you, Loki) postanowił nareszcie, że miarka się przebrała, i wyruszył na wyprawę osobiście, z jednym, naczelnym celem, czyli zdobyciem wszystkich Kamieni.

maxresdefault

Ściągawka dla wszystkich bardziej dociekliwych :)

Pod wieloma względami "Avengers: Infinity War" jest produkcją przełomową. I nie, nie należę do tej części widzów, którzy uważają, że jest to najbardziej ambitny crossover wszech czasów (no bo nie jest, co tu dużo mówić), byłam jednak bardzo zaintrygowana nie tylko tym, jak zostaną pożenione ze sobą pozornie odrębne wątki fabularne, ale również aspektami czysto logistycznymi, typu wzajemne zgranie napiętych grafików aktorów, rozmiar całej produkcji czy filmowe lokacje (których było co najmniej kilka). Nie mogę również nie wspomnieć o moich fanowskich oczekiwaniach (które po części się na pewno sprawdziły, ale o tym później), które z pewnością towarzyszyły wielu widzom, wychowanych na filmach z MCU. Nareszcie bowiem przyszedł czas na to, aby wzajemnie skłóceni, czasami zniechęceni i zmęczeni ciągłym ratowaniem świata superbohaterowie raz jeszcze stanęli ramię w ramię z nowymi członkami zespołu i stawili czoła potężnej sile zła. I, między nami mówiąc, to właśnie współpraca "starych" Avengersów z bohaterami niezrzeszonymi - typu Doktor Strange, Strażnicy Galaktyki czy Spiderman, pokazanie jak się docierają i wzajemnie uzupełniają, była najmocniejszym ogniwem całego filmu.

 aHR0cDovL3d3dy5uZXdzYXJhbWEuY29tL2ltYWdlcy9pLzAwMC8yMjQvNTcyL2kwMi9TdGFya1N0cmFuZ2VfSGVhZGVyLmpwZw

Przykładowo, trio Stark - Parker - Strange to zestaw, którego wszyscy potrzebowaliśmy od dłuższego czasu. W moim przypadku =fangirling overload

No dobrze, nastał moment, w którym przechodzimy do sedna. Oznacza to, że pomimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie uchronić Was, drodzy Czytelnicy, przed spoilerami. Dlatego, na wyłupione oko Odyna, zaklinam was - kto jeszcze nie widział tego filmu niech ucieka gdzie pieprz rośnie. Poważnie, zrozumiem, jeśli nie doczytacie wpisu do końca (po seansie możecie zawsze dokończyć lekturę), zdecydowanie jest to bowiem produkcja, której frajdy z oglądania raczej nikt się nie chce pozbawić. Tak więc MROCZNE, PEŁZAJĄCE SPOILERY AHEAD, CZUJCIE SIĘ OSTRZEŻENI.

sddefault
Taki hasztag zaczął krążyć po sieci, kiedy zaczęto oficjalny press tour Avengersów. Mimo wszystko, nie dało się wszystkiego utrzymać w tajemnicy

 Właściwie tuż po wypuszczeniu pierwszego zwiastunu "Avengers: Infinity War" zawrzało. Już od początku mówiło się, że z którymś bohaterem przyjdzie się nam pożegnać, fani prześcigali się w teoriach, kto ma szansę przeżyć starcie z Thanosem, kto przegra już na starcie, ale chyba nikt nie spodziewał się tego, co się wydarzy. Za skandal uważam scenę jeszcze przed wyświetleniem tytułu, w której zginęły dwie z moich ulubionych postaci - Heimdall i Loki (nie przesadzam, jeśli napiszę, że w momencie śmierci tego drugiego prawie wszyscy w sali kinowej wstrzymali oddech). Nie do końca rozumiem, po co tak zdecydowano się otworzyć tę część - jasne, można dobitnie przekazać, że z Thanosem nie ma żartów, ale żeby robić to kosztem jednej z najbardziej barwnych postaci w MCU? (i tak, w tym momencie moje fanowskie serduszko się rozdarło po raz pierwszy, zdążyliście się już pewnie zorientować).

 MLU10658_R_La1b330d

Loki już nam raz umarł, tym razem jednak niestety to się chyba stało naprawdę. Będziemy tęsknić

No dobrze, żeby nie było tak bardzo negatywnie, przejdę teraz do pozytywów, bo tych też trochę jest. Zdecydowanym plusem nowej części Avengersów była decyzja scenarzysty o skupieniu uwagi na relacjach pomiędzy bohaterami. Było to o tyle dobrze przemyślane, że pomimo tak dużej ilości postaci i potencjalnego ryzyka spłycenia ich charakterologicznie dostaliśmy w miarę kompletny obraz większości superbohaterów, ich wzajemnego do siebie przywiązania, związków i przyjaźni. I chociaż momentami było nieco za bardzo melodramatycznie i nienaturalnie (na przykład, pomimo  moich najszczerszych chęci, relacja Gomory i Thanosa była dla mnie nie do przyjęcia), to generalnie wspomniane rozwiązanie okazało się zdecydowaną zaletą „Infinity War”. W końcu nie zawsze w centrum filmu superbohaterskiego musi być wielkie starcie (chociaż i to, rzecz jasna, miało miejsce).

vision-and-scarlet-witch-700x369

Związek Wandy i Visiona był nieco za ckliwy jak na mój gust, ale i tak serduszko mi szybciej zabiło. Co ja poradzę, wrażliwa jestem

 Zdecydowanym ubogaceniem fabularnym były zawiązane w tej części  sojusze - znowu, niby było to konieczne w zaistniałym rozwoju wydarzeń – nikt solo nie miałby szans w starciu z Thanosem, ale i tak dobrane drużyny i ich wzajemne relacje stanowią prawdziwy rdzeń tej produkcji. Żeby nie być gołosłownym, na ekranie mogliśmy oglądać 3 zasadnicze sojusze – jeden pomiędzy Thorem a Strażnikami Galaktyki (którzy się później rozdzielili), drugi na linii Captain America – Bucky i Black Panther no i trzeci, zdecydowanie mój faworyt, czyli wspomniane już przeze mnie trio, Tony Stark, Doktor Strange i Peter Parker (nie skłamię jeśli napiszę, że ci panowie mieli chyba najlepiej napisane dialogi w całym filmie). I nie, nie zapomniałam o Hulku i Czarnej Wdowie, oni też mieli w tym wszystkim coś do powiedzenia.

avengers-infinity-war-1Nie wierzę, że to napiszę, ale nawet Star Lord mnie tak nie irytował, jak zazwyczaj. Ciekawe

Na pewno nie skłamię jeśli napiszę, że „Avengers: Infinity War” to efektowna, świetnie nakręcona produkcja, obfitująca we wciągające sceny walki. Zdecydowanie na pierwszym miejscu plasuje się tutaj bitwa na terenie Wakandy, ale również bezpośrednie starcie ekipy Strange’a z Thanosem – moment, w którym naszemu doktorkowi wyrosło parę dodatkowych rąk, aby po chwili nastąpiło zwielokrotnienie całej jego postaci był po prostu technicznym i wizualnym majstersztykiem - po zakupieniu filmu na DVD zdecydowanie będę do tej sceny powracać. (Tak, jestem typem, który ma kolekcję swoich ulubionych filmów na płytach, nawet jeśli je widział co najmniej kilkakrotnie, deal with it.) Dodatkowo, należy również zauważyć, że pomimo ogromnej ilości wzajemnie zazębiających się ale odrębnych wątków, fabuła "Avengersów" jest spójna, pozbawiona większych luk logicznych - oczywiście sukcesem jest, to że finalnie udało się te wszystkie historie razem połączyć, nie zaniedbując żadnej z kluczowych postaci.

prima-occhiata-nuovo-scudo-captain-america-in-avengers-infinity-war-v3-319514-1280x720Nie ukrywam, że już po zwiastunie widać było, że ta scena będzie świetna. Moje jedyne zastrzeżenie dotyczy fryzury Czarnej Wdowy - coś kobieta nie ma ostatnio w tych sprawach szczęścia

No i teraz, drodzy Czytelnicy, przechodzimy do gwoździa programu. Myślę, że nie będzie trudne odgadnięcie, o co mi chodzi. Radzę wziąć głęboki oddech i pomyśleć o przyjemnych rzeczach, ewentualnie zapisać się na wizytę u psychoterapeuty (to tylko taki żarcik, chill out), bo czeka nas niezła jazda. Bez trzymanki. Chodzi mi oczywiście o

>> ZAKOŃCZENIE, O BORU SZUMIĄCY, CO TO BYŁO, MOJE BIEDNE SERCE, ALL GOOD IS GONE FROM THIS WORLD

...ok, wdech - wydech. Tylko spokój nas uratuje.

Końcówka "Avengers: Infinity World" to coś, czego się nikt nie spodziewał. Bądź co bądź, filmy superbohaterskie, szczególnie z wytwórni Marvela, (no może poza "Loganem") przyzwyczaiły nas do happy endów, zwycięstwa wszystkich dobrych, ostatecznego unicestwienia tych złych, powrotu do normalności. Tymczasem, w nowej części wszystko wywróciło się do góry nogami. Nie tylko Thanos zwycięża, ale również kosztem, którego nikt absolutnie się nie domyślił. Nie wszyscy zapamiętali kwestię wyjaśniającą moc skumulowanych Kamieni Nieskończoności więc ją sobie przypomnimy - w skrócie chodziło o to, że osoba, która je posiądzie i aktywuje, jest w stanie unicestwić połowę wszechświata. Tak więc z momentem wyrwania Visionowi z czoła Kamienia Umysłu, umieszczenia go w rękawicy i jej aktywowania...znika nam połowa postaci. Znika/umiera/jednoczy się z Thanosem? Dokładnie nie wiadomo, ale jedno jest pewne - tak jak już napisałam, to  nie było to czegośmy się wszyscy spodziewali. Reakcje na sali były różne - ktoś szlochał, ktoś przeklinał pod nosem, ktoś wytrzeszczał oczy w niedowierzaniu, ktoś siedział wbity w fotel i bał się na sekundę odwrócić wzrok (to byłam ja)... Wszyscy byli zaskoczeni i pewnie trochę rozczarowani, zwłaszcza, że to naprawdę okazał się koniec filmu. Zero wyjaśnienia, promyka nadziei czy sugestii, że istnieje dla naszych superbohaterów jakaś szansa na lepsze jutro.

avengers-infinity-war-final-trailer-takeaways-doctor-strange-tortured

Wiadomo, nie wszystko stracone - w końcu Strange zobaczył przyszłość i jedyną opcję, w której Avengersi wygrają, przed zniknięciem powiedział też, że "tak musiało być".  Mimo wszystko, będę miała jeszcze długo przed oczami widok Petera Parkera umierającego na rękach Tony'ego. Gdyby nie to, że moje fanowskie serce rozsypało się na kawałeczki na początku filmu, to z pewnością nastąpiłoby to w tym momencie

"Avengers: Infinity War" jest bardzo dobrym filmem, prawdziwą ucztą (ale jednocześnie torturą) dla fanów, którzy z pewnością tę produkcję na długo zapamiętają. Jak to w każdym dziele z MCU, także tutaj roi się od ogromnej ilości mniej lub bardziej subtelnych easter eggów (BORU SZUMIĄCY, CZERWONA CZASZKA), których rozpoznawanie sprawia wszystkim widzom niezłą frajdę. Nowi Avengersi mają w większości bardzo dobre dialogi, przeważa humor naturalny, swobodny i niewymuszony (i, co najważniejsze, nieprzeholowany, co zdarzało się w "Thorze: Ragnaroku" i "Strażnikach Galaktyki"), a bohaterowie po prostu dają się lubić (no może poza Thanosem i jego Voldemortowato-podobnym pomagierem).  Pozycja zdecydowanie obowiązkowa dla wszystkich fanów, ale również dla tych, którzy mają ochotę na kawał porządnego kina superbohaterskiego. Zdecydowanie polecam!


infinitywargif9

A, na koniec najważniejsze: 1. Kapitan Ameryka ma brodę i wygląda w niej zjawiskowo; 2. Taką będę mieć minę, jak w następnej części to wszystko się nie odwróci

 

/yooletchka out

No filter, czyli Yooletchka o drugim sezonie "Jessici Jones"

yooletchka

Pamiętacie, drodzy czytelnicy, moje zachwyty nad pierwszym sezonem ”Jessici Jones”? Tak więc śpieszę donieść,  że wyczekiwany przeze mnie drugi sezon tejże produkcji już obejrzałam (co ja mówię, pochłonęłam w 1,5 dnia,  zapewne się tego domyśliliście) i mogę się z Wami podzielić moimi refleksjami, bo zdecydowanie jest o czym pisać.

tumblr_o0x5kic8D01v3n7xho1_540*le moi przed odpaleniem pierwszego odcinka*

Na wstępie warto zauważyć, jak wiele się zmieniło od momentu wypuszczenia przez platformę Netflix pierwszego sezonu”JJ” – po pierwsze, Netflix stał się w międzyczasie międzynarodowy, więc również polski. Zrozumiałe jest więc to, że akcje promocyjne, plakaty i eventy promujące najnowsze seriale i filmy przeniosą się również do naszej ojczyzny. Szczerze mówiąc, bardzo na to czekałam, bo nic nie cieszy oka bardziej, jak natykanie się na ulicy na twarze ukochanych (super)bohaterów i bohaterek. Z pierwszym sezonem „Jessici Jones” łączy mnie bardzo wiele – pamiętam dokładnie moment, w którym go obejrzałam i jak ogromne wywarła na mnie wrażenie tytułowa postać – niekonwencjonalna, walcząca bez skrupułów z demonami przeszłości silna kobieta, do bólu autentyczna (pomimo supermocy) i niezależna. Domyślacie się więc, jaka byłam podekscytowana, gdy grana przez rewelacyjną Krysten Ritter pani detektyw pojawiła się w autobusach, na przystankach czy billboardach w moim rodzinnym mieście, z towarzyszącymi jej zgryźliwo - złośliwymi sloganami. Nie bez znaczenia była dla mnie również data wypuszczenia nowego sezonu – w Dzień Kobiet, oraz fakt, że wszystkie 13 odcinków wyreżyserowały kobiety.

spoilers-gif-21

Piękny Benio ostrzega przed spoilerami - nie będą jakiegoś ciężkiego kalibru, ale będą

Nowy sezon w sumie do ostatniej chwili pozostawał sporą tajemnicą – zwiastun bynajmniej (i na szczęście) nie wyjawiał za wiele, właściwie tylko tyle, że będzie się działo. Z bardziej znaczących newsów – wiedziałam tylko tyle, że Killgrave, psychopatyczny manipulant, morderca i gwałciciel, grany przez mojego ukochanego Davida Tennanta, powróci na chwilę do serialu (raczej od razu było wiadomo, że jedynie jako wspomnienie, wytwór wyobraźni głównej bohaterki). Ciekawa byłam ewentualnych powiązań czy pozostałości fabularnych po niezbyt udanym „The Defenders” (spoiler – nie ma żadnych, historia sprawia wrażenie zupełnie odciętej od tego, co Jessica robiła ze swoimi podobnie uzdolnionymi kolegami). W sumie nie wiem czy to dobrze, czy źle – „Jessica” sobie świetnie radzi sama, bez łączących wątków, z drugiej strony uwielbiałam konsekwentną do tej pory ciągłość w netflixowych produkcjach superbohaterskich.

182_violet_203_unit_03794rAle nie martwcie się - Jessica nadal wymiata <3

Co się zmieniło? Na pewno tempo – poprzedni sezon obfitował w wartką, trzymającą w napięciu od pierwszych sekund akcję. Dopiero poznawaliśmy bohaterkę, odkrywaliśmy, czym się zajmuje, jak się zachowuje i jakie ma zdolności. W tym przypadku wracamy jak do dawno nie widzianej znajomej – Jessica zachowuje się po staremu, nadal pije na umór i umawia się z przypadkowymi facetami, jest porywcza, humorzasta i agresywna. Pomimo tego, że pieniędzy nie ma za dużo (wszystko idzie praktycznie…tak, zgadliście, na wódkę) nadal jest wybredna jeśli chodzi o podejmowane sprawy i lubi pokazać klientom swoją wyższość. To, że znamy Jessicę z poprzedniego sezonu sprawia, że nie ma konieczności natychmiastowego zagęszczania fabuły, tak więc pierwsze odcinki są dość powolne – moim zdaniem jakby przypominają, z czyją historią będziemy mieć do czynienia. I tu się pewnie wielu narażę - jestem zdecydowanie przeciwna stwierdzeniu, że początek nowego sezonu był „nudny” (na litość boską, w przypadku „True Detective” też narzekaliście, że „nudno”? Nie każda produkcja musi nam, widzom, od początku metaforycznie dawać w twarz, żeby było ciekawie). Różnica tempa jest czasem bardzo potrzebna, i uwierzcie, im dalej oglądamy, tym więcej się dzieje (i takie proporcje mi chyba najbardziej odpowiadają).

tumblr_p0pqr24ooV1sejmmmo1_540chcem taki aparat i kurtkę <3

Jessica w nowym sezonie zaczyna pod górkę – jej najnowsze śledztwo skończyło się fiaskiem, w dzielnicy pojawia się konkurencja z lepszymi warunkami, a nowy lokator stara się jej za wszelką cenę pozbyć. Niezmienna jest przyjaźń głównej bohaterki z Trish Walker, ambitną dziennikarką radiową, dzięki której ludzie oswoili się nieco z faktem, że wśród nich żyją osobniki z ponadnaturalnymi zdolnościami, z drugiej jednak strony zwracają na nich większą uwagę (co nie zawsze jest korzystne). Jak już wspomniałam, Jessica nadal przyjmuje klientów, i zdarza jej się zetknąć z naprawdę intrygującymi przypadkami (pamiętacie jedną ze scen z „Sherlocka”, w której widzimy, z jakimi dziwnymi sprawami przychodzą ludzie do detektywa? U Jessici jest bardzo podobnie, z tym że więcej teorii spiskowych i odnajdywania zdradzających współmałżonków), nie wszystko jednak jest takie proste, jak się wydaje. Przykładowo, dość puszysty, przerażony i spocony mężczyzna opowiadający o swoim prześladowcy (DOSKONAŁE nawiązanie do Whizzera) w rzeczywistości ma dużo racji, a sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana.

jessica-jones-season-2-whizzer

Jessica jest niejako zmuszona rozwojem wydarzeń do pójścia tym tropem (nie powiem, co się dokładnie stało, bo to byłby już niezły spoiler), i całkiem niespodziewanie odnajduje kolejne powiązania ze swoją przeszłością, tą jeszcze sprzed Killgrave’a. Jak pewnie wszyscy widzowie pamiętają, Jessica lata temu brała udział w wypadku samochodowym, w którym zginęła cała jej rodzina (przynajmniej na to wyglądało), a sama w dziwny, niewytłumaczalny sposób zyskała nadludzką siłę i inne umiejętności, a w jej pamięci powstała około 20-dniowa luka, bezpośrednio po wypadku. Kiedy więc trafia na ślad osoby podobnej do siebie, ale o dużo bardziej morderczych skłonnościach, nie waha się za nim podążyć, mając nadzieję, że jakoś dotrze do źródła całej swojej superbohaterskiej historii.

Jessica-Jones-Season-2-TrailerJessica + alkohol = still better love story than Twilight

Mam nadzieję, że ta zajawka fabuły Wam wystarczy – nie jest moim zadaniem referowanie całej fabuły, po za tym co to by była za frajda? (poza tym zostałabym chyba odarta ze skóry za spoilery…)Zajmijmy się za to niewątpliwymi zaletami tego sezonu, ponieważ są zdecydowanie warte wspomnienia. Wielokrotnie już nadmieniałam, że najbardziej cieszę się, kiedy na ekranie jesteśmy świadkami rozwoju postaci i ich charakterologicznego pogłębienia. "Jessica Jones" nam to zapewnia, i to nie tylko jeśli chodzi o główną bohaterkę, ale też postaci drugoplanowe - obserwujemy między innymi miotającą się pomiędzy niesatysfakcjonującą pracą a pomocą swojej przyjaciółce i siostrze Trish, nieufnego, ale honorowego i barwnego sąsiada Jessici, walczącego z narkotykową abstynencją Malcolma (asystenta pani detektyw) oraz bezlitosną ale zabójczo skuteczną Harper. Drugi sezon ma inną konstrukcję - jak to trafnie stwierdził Mistycyzm Popkulturowy (pozdrawiam serdecznie <3), pierwszy sezon skupiał się na relacjach i zmaganiach na linii Jessica- Killgrave, druga część natomiast nie ma wyraźnie wyodrębnionego głównego wątku. Mamy do czynienia za to z kilkoma dobrze rozwiniętymi wątkami pobocznymi, które stopniowo się zazębiają, ale też w niektórych momentach się rozchodzą. Trudno mi ocenić, czy to lepsze, czy gorsze rozwiązanie - na plus działa zdecydowanie fakt, że jest po prostu inaczej, a przez to ciekawiej. Jestem również bardzo zadowolona z decyzji reżyserki o jeszcze większym pogłębieniu backstory Jessici - i nie, nie jest to absurdalne, nawet jeśli pomyślimy, że w pierwszym sezonie zostało sporo wyjaśnione z przeszłości bohaterki. Nowe wątki z przeszłości Jessici są równie osobiste, jak te dotyczące Killgrave'a, chociaż sięgają trochę dalej -  z tych mniejszych, niespoilerowych rzeczy dowiadujemy się na przykład, dlaczego pani detektyw cały czas nosi tę samą, skórzaną ramoneskę i dlaczego jej biuro nazywa się "Alias" ( i uwierzcie, mówi to o niej bardzo dużo).

https_2F2Fblueprintapiproduction.s3.amazonaws.com2Fuploads2Fcard2Fimage2F7308812F02f894dea99b48cb8a2cc7d225689acf

Spoiler bez kontekstu: ta pani pali fortepian

 Pamiętacie, drodzy czytelnicy, moje wielokrotne narzekania dotyczące braku silnego antagonisty w produkcjach takich jak "Daredevil", "Defenders" czy "Luke Cage"? No więc brało się to wszystko z mojego ustawicznego porównywania nowych Zuoli z Killgrave'em, który ustawił poprzeczkę na bardzo wysokim poziomie. Z przyjemnością mogę teraz powiedzieć, że grana przez Davida Tennanta postać znalazła nareszcie swojego godnego następcę. Jest nią grana przez rewelacyjną Janet McTeer Alisa, ktorej tożsamości przez wzgląd na tych czytelników, którzy jeszcze sezonu nie oglądali (bo to jest już na prawdę gigaspoiler) nie wyjawię. Alisa to postać - zagadka, miotana tysiącem sprzecznych uczuć - jest jednocześnie brutalna i przerażająca, ale opiekuńcza oraz inteligentna, silna i przy tym uzależniona od toksycznej dla niej relacji. I uwaga - kiedy mówię, że bohaterka jest straszna, to możecie mi wierzyć na słowo (bałam się jej jeszcze bardziej niż Killgrave'a - którego po prawdzie nie obawiałam się w ogóle, bo #David, ale to już szczegół), jednocześnie nie zdziwcie się, jak bardzo emocjonalnie zaangażuje Was jej historia. Wątek tej bohaterki jest świetnie napisany, postać jest kompleksowo przedstawiona, ale jednocześnie nadal pozostaje w wielu aspektach nieodgadniona (chociażby motywy jej pierwszego czynu - do dzisiaj się nad tym zastanawiam). Złożoności Alisy dowodzą też sprzeczne uczucia wobec niej, które z pewnością się pojawią u każdego widza - z jednej strony nienawidzimy, pragniemy, aby dosięgnęła ją sprawiedliwość i zasłużona kara, z drugiej strony nie jesteśmy w stanie zupełnie skazać ją na potępienie. I, szczerze mówiąc, takiej (anty)bohaterki mi brakowało. Dobra robota!

 158b4421c05049099fc34537d974b98bviolet_211_unit_01568r

 Sceny z Killgrave'em są jak zwykle świetne, ale stanowią tylko bardzo dobry dodatek. Oczywiście nie narzekam

Co tu dużo mówić, jestem zachwycona nowym sezonem "JJ", a przyczyniły się do tego nie tylko świetnie dopracowane postacie i ciekawe wątki, ale również fakt, że świat "Jessici Jones" to świat kobiet - solidarnych, wzajemnie się wspierających, potrafiących o siebie zadbać i przy okazji uratować świat. Dodatkowo, nowa część nie stroni od ukazywania wad bohaterów, historia momentami jest ostrzejsza, bardziej krwawa, i mam wrażenie, że bardziej wiarygodna. Szczególnie w nowym sezonie widać, że pośrednim celem przyświecającym producentom i wszystkim reżyserkom była walka z wszechobecnym wciąż niestety patriarchalizmem - tak więc Jessica nie puszcza płazem zniewag przypadkowo spotkanych mężczyzn, przestawia przysłowiowe lodówki, dyktuje warunki i ratuje syna swojego nowego chłopaka. Nie tracąc przy tym ani grama wdzięku, charakteru i supermocy. Tak trzymać, Jessica! <3

 

/yooletchka out

Put the kettle on, I’m bringing Oscar home, czyli Oscarowe przemyślenia Yooletchki

yooletchka

Zgadnijcie kto znowu zarwał nockę, obejrzał prawie cały red carpet (nie wiadomo dlaczego), po czym przespał początek gali?

giphy*le moi*

Ale nie bójcie się, ominęło mnie zaledwie 20 minut właściwego rozdania – dalej już wszystko grzecznie oglądałam, w niektórych momentach tylko ukradkiem ziewałam, na przemian z nerwowym odświeżaniem koszmarnie zacinającego się streamingu. W tym roku również zamierzałam podtrzymać wypracowaną przez ostatnie lata tradycję i starałam się przedtem zobaczyć wszystkie tytuły nominowane do kategorii najlepszego filmu. Prawie dopięłam swego – na liście został już tylko „Get out”, zostawiony przeze mnie na samym końcu ze względu na programową niechęć do horrorów (co tu dużo mówić, jestem cienki bolek w tej kwestii, boję się nawet najbardziej przewidywalnych jumpscare’ów).

oscar-winners-hug-ap-thg-180304_12x5_992Gwoli zapowiedzi - tacy piękni, szczęśliwi zwycięzcy <3

Nie oszukujmy się, tegoroczna gala rozdania Oscarów od początku nie zapowiadała się jakoś rewolucyjnie – z pewnością przyczyniła się do tego decyzja Akademii o zaproszeniu tego samego hosta. Sama nie wierzyłam do końca w to, że Jimmy Kimmel drugi raz z rzędu poprowadzi galę, ale po zeszłorocznym, jakby nie patrzeć, sukcesie, byłam ciekawa, co wymyśli i tym razem. Zaznaczam, co do tego aspektu byłam nastawiona wyjątkowo pozytywnie – lubię cięty, złośliwy i ironiczny humor Kimmela, jednak, nie wiadomo do końca dlaczego, tegoroczne żarty i żarciki wypadły zdecydowanie bladziej niż te z poprzedniego roku. Jak zwykle w monologu otwierającym nie zabrakło nawiązań do aktualnej sytuacji politycznej oraz wydarzeń w świecie filmowym – Kimmel poruszył między innymi temat akcji Time’s Up, oraz aferę Weinsteina, oczywiście nie obyłoby się również bez przypomnienia kultowej już sytuacji z poprzedniej ceremonii, czyli zamiany kopert. Później przyszedł również czas na to, co widzieliśmy w zeszłym roku – mniej lub bardziej subtelne wbijanie szpileczek wybranym nominowanym. Z tym mam zawsze największy problem – jasne, chodzi o pokazanie gwiazd Hollywood w przychylnym świetle, przekonanie, że mają do siebie dystans i potrafią się z siebie śmiać, mam wrażenie jednak, że istnieje wiele alternatywnych sposobów na rozluźnienie atmosfery na sali – pamiętacie rewelacyjny pomysł ze zrzucaniem słodyczy z sufitu w zeszłym roku?. No ale Jimmy nie byłby chyba sobą, jakby zrezygnował z tych (nie zawsze takich zabawnych) utarczek słownych.

1520214499995To Kimmel świetnie wymyślił - dla zwycięzcy, który będzie autorem najkrótszej Oscarowej przemowy była przewidziana nagroda - jet ski (motor wodny?) prezentowany przez damę Helen Mirren. Także widzicie, było o co walczyć <3

Pomimo drażniącego chwilami schematyzmu Kimmela (i próby go ożywienia poprzez wprowadzanie doprawdy zabójczo śmiesznych żarcików – pytanie Stevena Spielberga, czy ma przy sobie marihuanę, tradycyjnej ustawki z „przypadkowymi” widzami, o czym jeszcze później) przybyło trochę wątków, które zdecydowanie powinny się pojawić. Każdy, kto choć trochę śledził ostatnie gale i rozdania nagród zdawał sobie sprawę, że podczas Oscarów zostanie poruszona kwestia pozycji kobiet w Hollywood, nadal szokującej dysproporcji w świecie producentów, reżyserów czy scenarzystów (według przytaczanych danych, tylko 10 procent z nich stanowią kobiety) oraz nierównej płacy – tutaj jako przykład posłużyła ostatnio nagłaśniana afera z Michelle Williams i Markiem Whalbergiem w roli głównej – w skrócie chodzi o to, że aktor zarobił za ten sam film kilkanaście milionów złotych, podczas gdy Williams pracowała na dziennych minimalnych stawkach.

WhenSheJaneFondaWereTrueBeautyGrace1Przez moment mieliśmy do czynienia z boginiami na scenie

Tegoroczna ceremonia wręczenia Oscarów bogata była we wszelkie odniesienia do wartych naśladowania, silnych kobiecych postaci –bardzo dobrą innowacją było wprowadzenie przed każdą większą kategorią krótkiego spotu przypominającego najbardziej kultowe filmy i aktorów na przestrzeni lat, w tym zdecydowanie silne zaakcentowanie potęgi kobiet, ich dokonań i niezapomnianych, stworzonych przez nie arcydzieł. Większość nagród prezentowano jak zwykle, dwójkami, i dało się zdecydowanie zauważyć, że większość prezentujących stanowiły kobiety, bardzo często zwycięzcy dziękowali swoim żonom, partnerkom i dedykowali nagrody mamom. Jeszcze co do pań prezentujących kolejne kategorie - świetne było to, że w większości dało się od razu zauważyć, że panie się rzeczywiście wspierają i przyjaźnią, a nie jest to wyłącznie sceniczna ustawka.

mark-hamill1Nic nie pobije chyba tego kwartetu (tak, BB-8 miał też dużo do powiedzenia) wręczającego statuetkę za najlepszy krótkometrażowy film animowany i najlepszy film animowany - wcale nie dlatego, że moje fanowskie serduszko wykonało salto w tył z emocji

W trakcie gali nie brakowało zarówno tych zabawnych i wzruszających jak i tych nieco żenujących. Pewnie jestem w mniejszości ze swoją opinią, ale zdecydowanie nie należę do fanek "swobodnego" stylu prezentowania Tiffan Haddish i  Mayi Rudolph, podobnie również byłam nieco zażenowana nieuniknioną - Kimmel to chyba bardzo lubi -  interakcją ze "zwykłymi ludźmi" (chociaż i tak było lepiej, niż w zeszłym roku). Dla tych, co nie widzieli - prowadzący zapowiedział w pewnym momencie, że aktorzy powinni dziękować widzom za to, że oglądają filmy z nimi, po czym zaczął zbierać grupę chętnych, którzy pójdą z nim do kina na przeciwko, aby rozdać "przypadkowym" widzom zgromadzonym na sali przekąski. W grupie znaleźli się między innymi Mark Hamill, Gal Gadot - której rozbrajająca szczerość w sumie uratowała całą akcję, Lin - Manuel Miranda, Armie Hammer (który z maszyną do hotdogów wyglądał olśniewająco), Guillermo del Toro oraz Margot Robbie i Lupita Nyong'o. I o ile cała akcja miała na celu zmniejszenie dystansu i pokazanie - kolejny raz- jak fajne są hollywoodzkie gwiazdy, to nie jestem przekonana, czy nie wywołała skutku wręcz przeciwnego. Jednego jestem pewna - jakby taka drużyna nawiedziła mnie podczas seansu, no to zawał murowany. I tyle.

Oscars2018JimmyKimmelMargotRobbieGalGadotArmieHammerAnselElgortMarkHamillandotherscrashafanscreening1Ciekawostka - na nagraniu było widać, że w tym momencie Mark Hamill skorzystał z okazji i przedstawił się Gal Gadot. W sumie kto z nas by tego nie zrobił na jego miejscu

Dobrze, przechodzimy do sedna – nominacje i nagrody. Już kilka tygodni temu, gdy świat obiegła informacja o nominacjach, dało się zauważyć brak zdecydowanych liderów w niektórych kategoriach. O co chodzi? – spróbuję wyjaśnić problem na podstawie zeszłorocznej kategorii „Najlepszy Film”. Wtedy nie ulegało wątpliwości, że mamy do czynienia ze starciem dwóch potężnych kandydatów, czyli „La La Land” (hehe) i „Moonlight”. W tym roku sytuacja wyglądała zupełnie inaczej, głosy były bardzo podzielone, i bynajmniej nie tylko przy tej jednej kategorii. Szczerze mówiąc z rezultatów jestem połowicznie zadowolona, chociaż prawie nic nie było dla mnie zaskoczeniem. Przykładowo, kibicowałam zawzięcie „Call Me By Your Name” – nie pamiętam, kiedy ostatnio mnie jakikolwiek film tak zachwycił, oraz „The Shape of Water”. Niesamowicie cieszę się z nagrody dla Jamesa Ivory’ego za najlepszy scenariusz adaptowany do pierwszego wymienionego tytułu, szczególnie teraz, gdy jestem po lekturze książki Andre Acimana, na podstawie której nakręcono film, i mogę z ręką na sercu potwierdzić, że rzeczywiście scenariusz jest jedną z największych zalet tej produkcji.

jamesivoryoscarsgettyimages927311416Koszula z Elio zawsze spoko

Co do tegorocznego najlepszego filmu – zdaję sobie sprawę, że wygrana „The Shape of Water” trochę niektórych wzburzyła (osobiście obstawiałam „Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri”…no i „CMBYN”, oczywiście), nie da się również nie zauważyć, że nastąpiła pewna ciekawa zamiana. W zeszłym roku najlepszym filmem zostało „Monnlight”, film zdecydowanie zmuszający do refleksji, przedstawiający prawdziwe ludzkie tragedie i problemy, przegrało „La La Land”, zwiewna, kolorowa, niezwykle klimatyczna produkcja na ogromną skalę. W tym roku sytuacja się odwróciła – wygrał film określany jako baśń dla dorosłych, stanowiąca bardzo subtelny hołd dla złotej ery Hollywood, przegrały filmy „problemowe” – „Get Out”, „The Post”, czy rzeczone „Three Billboards…” (które nota bene były postrzegane jako zdecydowany faworyt tegorocznego rozdania).

guillermodeltorooscarwinCo jak co, ale na statuetkę dla najlepszego reżysera Guillermo del Toro ("The Shape of Water") zasłużył <3

Jeśli chodzi o kategorie, które były dla mnie najważniejsze, czyli najlepszy aktor i aktorka, nie było większych zaskoczeń. Kibicowałam Samowi Rockwellowi za jego rewelacyjną rolę w „Trzech Billboardach…” i zgodnie z przewidywaniami statuetkę zgarnął. W przemowie wygłoszonej w zabójczym tempie (pewnie udzieliło mu się zdenerwowanie, ale umiejętnie wytłumaczył to tym, że jest zainteresowany motorem wodnym) podziękował współnominowanemu koledze z tego samego filmu oraz Frances McDormand (której entuzjastyczna reakcja na jego wygraną wygrała wszystko), i przytoczył uroczą historyjkę o tym, jak tata wyciągał go ze szkoły żeby iść do kina.

pobraneNo i urocze było jego podziękowanie dla partnerki, Leslie Bibb - "you light my fire, baby!" <3

Bardzo się cieszę z wygranej Allison Janney, nominowanej za rolę matki – potwora głównej bohaterki filmu „I, Tonya” (nie da się nie zauważyć, że miała niezłą konkurencję w swojej kategorii – najbardziej kibicowałam właśnie jej, ale równie dobrze statuetkę mogłaby zgarnąć Leslie Manville czy Laurie Metcalf, nie wspominając już o Mary J. Blige). Ciekawostka – w swojej mowie (którą zaczęła od stwierdzenia: „I did it all by myself” ) podziękowała również… papudze, która grała razem z nią w filmie, no i domyślacie się, że w tym momencie skradła moje serce. No i wyglądała obłędnie w swojej czerwonej kreacji (chyba z Meryl Streep chodzą do tej samej krawcowej).

927027fe2267422597980ab0c28ad895Margot Robbie szczerze cieszyła się z wygranej jej filmowej matki <3

Bezsprzecznie gwoździem programu była wygrana Gary’ego Oldmana i Frances McDormand w kategoriach najlepszy pierwszoplanowy aktor i aktorka. I tak jak wygrana wspaniałej Frances była nieunikniona i stuprocentowo zasłużona („Trzy Billboardy…” bez niej nie byłyby takie same), to wątpliwości wzbudza nagroda dla Oldmana, o którym wszyscy wiedzą, że aktorem jest wyśmienitym, ale statuetka powędrowała do niego w tym roku nieco na siłę. Z jednej strony trudno się trochę dziwić – aktor taki jak on powinien zostać doceniony, z drugiej strony jednak tyle innych, lepszych ról zasługiwało na tą nagrodę… Osobiście trzymałam kciuki za Timmothée’go Chalameta, którego rola w „Call Me By Your Name” powinna zostać obsypana wszelkimi możliwymi nagrodami i wyróżnieniami. Dawno nie widziałam tak autentycznego, przejmującego i dojrzałego jak na swój młody wiek występu, i mam wątpliwość czy Timothée dostanie w przyszłości jeszcze jedną taką możliwość wykazania się.

tumblr_p53dz8qTp01x7u7fdo1_1280Naprawdę musiałam się nieźle powstrzymywać przed zilustrowaniem całego wpisu zdjęciami tego pana

Wygrana Frances McDormand była przewidywalna i zdecydowanie jak najbardziej na miejscu, nie ukrywam również, że z niecierpliwością czekałam na to, co powie. Aktorka rewelacyjnie zaczęła - odstawiła Oscara na podłogę po krótkim, nerwowym wytłumaczeniu ( "Teraz trochę hiperwentyluję z nerwów, ale złapcie mnie jakbym się przewróciła, bo mam - i tu zmieniła ton na poważny - coś do powiedzenia"). Po standardowym podziękowaniu wszystkim, którzy przyczynili się do sukcesu filmu dodała, że tak naprawdę jest to sukces wszystkich kobiet, i chce się nim ze wszystkimi podzielić, po czym poprosiła o wstanie wszystkie kobiety znajdujące się na sali. Ten moment, pomimo nieco już histerycznego śmiechu Frances, pozostanie na długo w mojej pamięci, tak jak również jej dwa ostatnie słowa: "inclusion rider" - jeśli nie wiecie o co chodzi, to zapraszam do googlowania, zdecydowanie warto. What a legend! <3


bestactresshug040318

Do historii przejdzie również ten moment, czyli przytulające się pozostałe nominowane w kategorii Najlepsza Aktorka <3

Tegorocznym Oscarom brakowało może polotu i fajerwerków (przyczyniły się również do tego niezbyt udane występy muzyczne - większość po prostu nie trafiała w dźwięki), niektóre decyzje mogły nas zawieść czy zbulwersować, ale nie zapominajmy, że to w gruncie rzeczy tylko gala wręczenia nagród, której podstawową rolą jest - na pewno zgadniecie - wręczenie statuetek. Cała ta otoczka, muzyka, prowadzący, żarty i występy to właściwie ładny dodatek dla rdzenia - sprawa bardzo ważna, ale nie najważniejsza. Zrozumiałe, że z niektórymi wyborami Akademii nie możemy się pogodzić (co roku to się powtarza w mniejszym lub większym zakresie), ale cóż zrobić - te wszystkie wygrane są rezultatem ludzkich wyborów, z którymi mamy prawo się mniej lub więcej utożsamiać. Myślę, że warto to sobie uświadomić, i w ten sposób oszczędzić sobie trochę frustracji (i mówi to osoba, która się autentycznie denerwowała przed galą...no cóż, takie życie kinomana).

tmp_G6QgqW_c3628cda5040a630_GettyImages927333214<3

 

/yooletchka out

You will be found, czyli Yooletchka o "Dear Evan Hansen"

yooletchka

Pamiętacie, jak kiedyś wspominałam, że potrafię się czymś w ogóle nie interesować, albo zainteresować się na 100 procent? I nic pomiędzy? No więc jeśli wtedy to stwierdzenie was za bardzo nie przekonało, to macie kolejny dowód, że to prawda. Jakiś czas temu, w ramach małego odstresowania przed rozpoczynającym się rokiem akademickim (który nota bene zdążył mi już nieźle dokopać, hehe, nawet pierwszy semestr się nie skończył) obejrzałam dwa cudownie odmóżdżające i naiwne filmy, a mianowicie dwie części "Pitch Perfect" (chwała Bogu, że tym razem nasi dystrybutorzy nie zdecydowali się kombinować i zostawili oryginalny tytuł, bo "Słuch Absolutny" brzmiałby...dziwnie). Traf chciał, że największą uwagę w tym dziele, opowiadającym o perypetiach studenckich grup acapella, zwróciłam wcale nie na główne bohaterki (aka The Barden Bellas), tylko na śpiewających panów. Konkretnie chodzi mi o Bena Platta, wcielającego się w rolę Benjamina -  nieśmiałego, uroczego i niezwykle utalentowanego wokalnie fana Star Wars i sztuczek magicznych. Chłopak potrafi śpiewać, to widać (i słychać) od razu, więc naturalnym było dla mnie, że po seansie wyszukiwałam na Youtubie filmy z jego licznych występów. I w tym momencie, moi Drodzy, połączyłam fakty - przypomniał mi się musical, obsypany nagrodami na tegorocznym rozdaniu Tony, w którym w główną rolę wciela się...nie kto inny jak wspomniany pan. Później już poszło szybko - wystarczyło, że wysłuchałam jednej piosenki i już wiedziałam, że nie ma dla mnie ratunku.

deh600

płyta już do mnie doleciała, żebym mogła legalnie puszczać wszystkie piosenki w kółko *no regrets*

 Wiem, wiem, nie jestem ze swoim zachwytem za bardzo aktualna, ale tak jak "Hamiltona" odkryłam ten musical dość późno. Mimo wszystko mam wrażenie, że tak jak ten pierwszy tytuł jest rozpoznawalny dość dobrze nawet w Polsce, to o "Dear Evan Hensen" poza USA nikt za bardzo nie słyszał. Trudno się dziwić - do Nowego Jorku mamy trochę daleko, co oznacza, że z całym soudtrackiem możemy się *legalnie* zapoznać najwcześniej z momentem wydania oficjalnej płyty (rzecz jasna są również *khe, khe* bootlegi, których wcale nie oglądałam, wcale). O czym opowiada "Dear Evan Hansen"? Na pierwszy rzut oka przewodnia historia wydaje się dość banalna, ale uwierzcie mi, szybko okazuje się, że taka nie jest. Tytułowy bohater jest uczniem jednego z amerykańskich liceów (w oryginale jest to oczywiście high school), a poznajemy go w momencie, gdy po przerwie (wakacjach? przerwie zdrowotnej?) powraca do szkoły. Evan cierpi na tzw. social anxiety, paranoicznie boi się wyśmiania i zranienia przez innych, a nawiązywanie podstawowych międzyludzkich relacji wiąże się u niego z ogromnym stresem. Pod czułym i troskliwym, ale nie za bardzo spostrzegawczym okiem zapracowanej matki chłopak próbuje kolejny raz zacząć od nowa i zgodnie z zaleceniem swojego terapeuty pisze, w ramach swoistej autoterapii, listy do samego siebie, które mają zachęcić go do działania i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Traf chciał, że pierwszą z takich wiadomości (napisaną całkiem na opak - miało być pozytywnie, budująco i optymistycznie) przejmuje szkolny outsider ze starszej klasy, Connor Murphy.

mike_faist_2__c_matthew_murphy.jpg_7201493064454

Dalej jest tylko *spoiler* gorzej. Pewnego dnia Connor popełnia samobójstwo, a przy ciele zmarłego rodzice znajdują list Evana, a właściwie jego dramatyczne wołanie o pomoc. Jako że jest podpisany "Twój przyjaciel" zakładają, że ostatnie słowa chłopaka skierowane były do głównego bohatera, który nie potrafi ich przekonać, że było inaczej, i musi podjąć decyzę, czy angażuje się dalej w tę sytuację, czy całkowicie się od niej odcina i przyznaje, że ze zmarłym go nigdy nic nie łączyło (co by było prawdą). Evan tego drugiego nie jest w stanie zrobić, więc postanawia opowiedzieć rozpaczającym rodzicom Connora historię ich wyimaginowanej przyjaźni, pokazuje im sfabrykowane razem ze znajomym, Jaredem, e-maile, które ze sobą rzekomo wymieniali i generalnie sprawia, że wszyscy zaczynają wierzyć w wersję zdarzeń, którą prezentuje (nawet siostra zmarłego, Zoe, obiekt westchnień Evana).

lauradreyfussandbenplatt.jpg.CROP.promo-xlarge2

Chcę kogoś w moim życiu, kto patrzyłby na mnie tak, jak Ben patrzy na Laurę <3

Stopniowo cała sytuacja wymyka się spod kontroli, a główny bohater nie umie i nie ma odwagi powiedzieć prawdy oraz zatrzymać tym samym całego zbudowanego na jego kłamstwie dobra (jego wzruszająca przemowa z okazji utworzenia Connor Project – fundacji mającej zajmować się upamiętnieniem zmarłego i zapobieganiem samobójstwom wśród młodzieży trafia do sieci i zyskuje niespodziewaną popularność, rodzice Connora zaczynają traktować Evana jak własne dziecko, a Zoe nareszcie zaczyna go zauważać i odwzajemniać uczucia). Przez moment główny bohater sprawia wrażenie szczęśliwego oraz spełnionego – nareszcie ludzie zaczynają go zauważać, i nie potrzebuje już martwić się o to, że zostanie odrzucony. Jednak na tym historia się nie kończy. Evan zaczyna zaniedbywać swój autorski projekt i popada w konflikt z matką, która odkrywa, że jej syn właściwie znalazł sobie nową rodzinę, a nieco za bardzo dociekliwa (czy raczej wścibska) koleżanka udostępnia na Facebooku list głównego bohatera, czyli źródło wszystkiego tego, co się wydarzyło. W tej sytuacji Evanowi pozostaje jedno wyjście - przyznanie się do tego, co zrobił.

1ae3022fe016fa29f52214f7f8f9d798

Ben Platt w trakcie pierwszej części musicalu ma minę zbitego szczeniaczka, a w trakcie drugiej płacze. Nie powiem, że mnie to nie ruszyło

Dlaczego "Dear Evan Hansen" jest tak ważny i wartościowy (i nie, to nie jest tylko moja opinia, wystarczy spojrzeć na ilość nagród, które musical zgarnął na tegorocznych Tony Awards)? Z pewnością na pierwszy plan wysuwa się fabuła całości, do bólu aktualna i niezwykle osobista. Musical porusza nie tylko problematykę samobójstwa - skupia się również na typowych problemach rodzinnych oraz rozterkach młodych ludzi, usiłujących znaleźć swoje miejsce na świecie i rozpaczliwie próbujących się dopasować do otaczających ich równieśników. Właśnie taki jest Evan, główny bohater (REWELACYJNY BEN PLATT, o czym jeszcze później), którego postać jest zdecydowanie jedną z najlepiej napisanych ról w tej produkcji. I nie, nie chodzi mi wyłącznie o partie wokalne, do których na pewno jeszcze dotrę, ale o dającą się zauważyć właściwie od pierwszej sceny wrażliwość bohatera, doskonale widoczną nieporadność i strach oraz wstrząsające backstory, które stopniowo, w miarę rozwoju akcji nam się ujawnia. Na początku wiemy o Evanie tylko tyle, że cierpi na fobię społeczną, jest chorobliwie nieśmiały i nie radzi sobie z pozornie prostymi relacjami. Jedynym miejscem, gdzie chłopak nabiera nieco odwagi jest Internet, a konkretnie Facebook, za pośrednictwem którego odbywa większość rozmów ze swoimi szkolnymi znajomymi (bo raczej nie przyjaciółmi).

DDBukr5UMAA77q8

Zaczynamy zastanawiać się, skąd u niego złamana ręka, dlaczego prawie codziennie bierze leki i regularnie uczęszcza na spotkania z terapeutą? Tak jak już napisałam, odpowiedź na te pytania pojawia się nie od razu, nie pojawia się również zupełnie wprost - na przestrzeni całego musicalu są nam serwowane drobne urywki, fragmenty tego, co się stało wcześniej, które dopiero po złożeniu w całość pozwalają domyśleć się prawdy. Teraz uwaga, będzie gigaspoiler, więc usłużnie go oznaczę gwiazdeczkami, coby nie było, że zepsułam Wam, drodzy Czytelnicy, zabawę:

*

Evan przeżył próbę samobójczą, o której nie wie nawet jego matka, a pamiątką po niej jest właśnie ręka w gipsie, którą później podpisuje Connor. Historia z upadkiem z drzewa, powtarzana wielokrotnie przez Evana w różnych wersjach nie była wcale nieszczęśliwym upadkiem, ale decyzją bohatera, który chciał w ten sposób zakończyć swoje życie. No, to teraz możecie sobie wyobrazić jak wyglądałam pod koniec musicalu, gdy wszystkie elementy układanki ułożyły mi się w całość. Podpowiedź: nie wyglądam korzystnie, gdy płaczę jak bóbr.

*

dear-evan-hansen
nie, panowie nie grają w pchełki

Niewątpliwą i oczywiście największą zaletą tego musicalu są z pewnością piosenki, które i w tym przypadku mają zdolność rozłożyć widza (i słuchacza) na łopatki. Pozornie nie ma w nich nic wybitnie oryginalnego, co więcej, mamy wrażenie, że niektóre melodie już gdzieś słyszeliśmy. Nie jest to bynajmniej  przypadek, i z pewnością ludzie bardziej obeznani w musicalowym świecie potwierdzą, że tak jest - nie da się uniknąć pewnych, aranżacyjnych i melodycznych nawiązań, gdy konsekwentnie realizujemy założenia określonego gatunku muzyczno - scenicznego. Musicale, szczególnie te współczesne, utrzymane są w bardzo charakterystycznym, zdecydowanie unikalnym, ale jednocześnie eklektycznym stylu (stąd tyle zapożyczeń z innych gatunków muzycznych) - nie na darmo w końcu posługujemy się sformułowaniem "musical theatre style" na określenie szczególnego sposobu śpiewania i prezencji scenicznej. Mam wrażenie, że piosenki z "Dear Evan Hansen" stanowią modelowy wręcz przykład tego, jak się powinno pisać musicalowe utwory - doskonale zaaranżowane (trudno się dziwić, w końcu za orkiestrację jest odpowiedzialny ten sam pan, który pomagał Linowi Manuelowi Mirandzie przy "Hamiltonie" - Alex Lacamoire), z pięknymi, kontrastującymi melodiami (to jest w ogóle fenomen - myślisz, że to nic trudnego i próbujesz śpiewać, ale okazuje się, że jednak nie wszystko jest napisane tak, że każdy da sobie radę) i poruszającym tekstem.

 DEHBenPlattRachelBayJones5023PhotoCreditMatthewMurphy

No właśnie, tekst, to kolejna ogromna zaleta "DEH" - pamiętacie moją recenzję serialu "13 Reasons Why"? Napisałam wtedy, że poruszana tam tematyka jest bardzo ważna, ale zdecydowanie serial ten nie powinien być jedynym takim dziełem podejmującym problematykę samobójstwa. Serial jest bardzo poruszający, gra na emocjach widzów (szczególnie tych młodych), ale brak w nim jednoznacznego przesłania, że odebranie sobie życia jest złą decyzją i pod żadnym pozorem nie powinno się na taki krok decydować - dlatego odczuwałam po jego obejrzeniu pewien niedosyt. Na szczęście "Dear Evan Hansen" podejmuje ten temat zupełnie inaczej, czego dowodem jest chociażby rewelacyjna piosenka "You Will Be Found" (dosłownie tytuł można przetłumaczyć na "Zostaniesz zauważony/dostrzeżony") mówiąca o tym, że każda osoba nie radząca sobie ze swoimi problemami prędzej czy później znajdzie wsparcie i pocieszenie, odbije się od dna i zacznie życie na nowo. Jakkolwiek nieco infantylnie to brzmi, czyż takie przesłanie nie jest o niebo lepsze od niejasnej puenty Netflixowej produkcji?

image

Kiedy to piszę, Ben Platt zaśpiewał już swój ostatni raz jako Evan - po ponad 3 latach oddaje tę postać innym, równie utalentowanym panom. Musical nadal spotyka się z ogromną aprobatą publiczności, której nie brakuje na każdym przedstawieniu. Nie ulega wątpliwości jednak, że lwia część sukcesu, który odniósł musical, to zasługa odtwórcy głównej roli. Ben Platt (pomijając fakt, że jest kolejnym adorable cinnamon roll) był do niej stworzony - rewelacyjnie sprawdzał się zarówno w tych emocjonalnych piosenkach (np. "Worlds Fail") jak i tych bardziej komediowych, przy czym jego głos ma tę przeze mnie uwielbianą barwę (lekko niedoszlifowany, ale pełen uczucia - słychać po prostu, że śpiewa całym sobą), która sprawia, że mam z jednej strony gęsią skórkę, a z drugiej strony nieodparte pragnienie przytulenia głównego bohatera i zapewnienia go, że wszystko się jeszcze ułoży. Zaiste dziwny jest ten zestaw emocji.

static.playbill.com

Co tu dużo mówić - idźcie, słuchajcie, oglądajcie, wzruszajcie się i rozważacie. Czyli to, co zwykle.

/yooletchka out

© Sztuczne raje
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci