Menu

Sztuczne raje

Blog popkulturalny, okolicznościowo aktualizowany

DWUGŁOWA HYDRA POPKULTURALNA

Cause she's dead, czyli przemyślenia Wrażliwego Samca o „Look What You Made Me Do”

yooletchka

UWAGA UWAGA, WŁAMANIE NA BLOGA! - WRAŻLIWY SAMIEC PRZEJMUJE TYMCZASOWO STERY*

Zagłębiając  się w odmęty rzeczywistości wirtualnej, docieramy do jaśniejących bardziej niż inne produkcji, które w ciągu kilku dni zdobywają świat. To bardzo często zaskakujące podróże, po których stajemy się nowymi ludźmi. Takie właśnie spotkanie, pełne nowych doznań estetycznych, słuchowych, wzrokowych i można by rzec duchowych, przytrafiło się ponad 100 milionom ludzi na świecie, w tym także mi, za sprawą nowego superhitu uwielbianej gwiazdy popkultury, tj. Taylor Swift.

giphy
Postanowiłem więc skorzystać z możliwości włamania się na bloga fenomenalnych analizatorek  kultury (które to z nieznanych mi przyczyn pomijają superprodukcje tego kalibru) i podzielić się z czcigodnymi Czytelnikami moimi niemal katarktycznymi odczuciami.
„Look What You Made Me Do” to niezwykle wymowne dzieło Długonogiej Gwiazdy, które uzupełnione  zmysłowym teledyskiem tworzy wręcz epicką opowieść o uczuciach, emocjach, zdradach i szarej rzeczywistości. Sam tytuł sugeruje, że bohaterka pieśni jest osobą zmanipulowaną, cierpiącą na skutek działania ludzi, którzy nazbyt gwałtownie wdarli się do jej życia, i wywrócili je do góry nogami.

giphy
Superprodukcja zaczyna się sekwencją ujęć nocnych, w mrocznej aurze, przy złowrogim krakaniu kruków. Oglądający nie wie przez moment, gdzie jest. Trwoga i lęk krępują jego ciało (sic!) i momentalnie sprawia, że wpada w rodzaj histerii. Tymczasem autorka wychodzi mu naprzeciw i umieszcza subtelny napis w teledysku z własnymi inicjałami, który pozwala przypomnieć sobie, co tak naprawdę oglądamy (teledysk Taylor Swift). Gdy wszystko wydaje się już być jasne następuje zwrot kamery na cmentarne pomniki, w tym jeden z napisem „here lies Taylor Swift’s reputation”. Po raz kolejny dostrzegamy jak tragicznym bohaterem jest piosenkarka, w istocie przygnieciona ciężarem egzystencji. Zaraz potem doznajemy mikrozawału na skutek wynurzenia się makabrycznego White Walkera wprost z ziemi, co więcej, istota ta zaczyna śpiewać. Wydaje się być przy tym na skraju rozkładu, ale w sumie trzyma się dobrze, gdyż jednym, nonszalanckim gestem przechyla z dwadzieścia nagrobków na raz ( nadal śpiewając). Wprawne oko dostrzeże również na kamieniu nieopodal fałszywe nazwisko Tay, którym posłużyła się podczas pisania piosenki razem ze swoim eks, Calvinem Harrisem.


giphy

Po chwili ukazuje się nam w końcu właściwa bohaterka dzieła, odziana w białą szatę spoczywająca jakby w grobie (kreacja nota bene nawiązuje bezpośrednio do sukni noszonej przez wokalistkę na jednej z gal rozdania nagród). Ku zdziwieniu odbiorców momentalnie przenosi się do wanny pełnej diamentów (wśród których można zauważyć również jednego, samotnego dolara) i innych drogocennych skarbów oraz przejmuje narrację. To pierwsza z siedemnastu stylizacji  niesamowitej Taylor w tym dziele. Wokalistka w każdym kadrze wygląda niezwykle drapieżnie, co podkreśla mocny makijaż, w tym szkarłatna szminka i pazurki tegoż samego koloru. Na dodatek leży ona zanurzona w kosztownościach,  i przeszywa agresywnym wzrokiem widza, oraz ukazaną w teledysku komnatę. Nie zdążymy się nawet przyzwyczaić do tego onieśmielającego wizerunku,  gdyż ukazuje się po niedługim czasie kolejny image Gwiazdy. Jawi się jako zasiadająca na tronie bogini (na którym wygrawerowane są rzekome ostatnie słowa Cezara - Et tu, Brute?). Jej włosy zostały odgarnięte za uszy, co uwydatnia błękit jej oczu i ciemny makijaż. Szeroki kadr pozwala dostrzec niezliczone stado węży, które ze wszystkich stron pełzną ku wokalistce, by pod koniec sekwencji podawać jej herbatę i wraz z nią podrygiwać do rytmicznego utworu.

giphy

Tak można by opisywać każdą kolejną, równie efektowną kreacje, która tworzy niezastąpiony element tej popowej układanki. Pozwolę sobie jednak pokrótce wymienić  tylko niektóre. W kolejnych ujęciach  widzimy jak odziana w lamparcie futro piosenkarka rozbija się złotym samochodem (nawiązanie do najsłynniejszej eksprzyjaciółki Tay, Katy Perry), w pomarańczowych kozaczkach huśta się na huśtawce zamkniętej w klatce, paraduje w młodzieżowej bluzie z kocimi detalami z wzniesionym kijem do bejsbola, wsiada w oćwiekowanej kurtko- sukni na motocykl, czy też wymachuje palcatem w skąpym kombinezonie lateksowym, otoczona modelkami - androidami. Później ukazuje się w kabaretkach, ze świtą mężczyzn w crop topach (z niebanalnym napisem - taki slogan miał na swojej koszulce Tom Hiddleston, kolejny były gwiazdy) i szpilkach, by wreszcie zawładnąć  kulminacją  w body z futrzanymi rękawami. Te wyśmienite szaty to doskonały chwyt artystyczny. Z jednej strony dowodzą o doskonałym wyczuciu stylu fenomenalnej Taylor, z drugiej zaś potęgują głębokie i niezwykle przejmujące przesłanie utworu.

giphy

Taylor Swift jawi się w całym utworze jako osoba zagubiona w labiryncie uczuć, przytłoczona klęską i załamana rozstaniem. Po raz kolejny zostawił ją chłopak, który podpadł artystce co najmniej tak, jak Loki Thorowi. W związku z tym nikomu nie ufa i dobrowolnie staje się koszmarem adresata piosenki. Utwór zdaje się być wyrzutem, wyrazem pretensji do wszystkich tych, którzy kiedykolwiek obrazili artystkę  i po prostu nie zrozumieli wykreowanego przez nią przekazu artystycznego. Tekst promieniuje odrzuceniem losu wyklętej  i epatuje nadchodzącą zemstą. Drapieżna i pretensjonalna artystka w pełni wykorzystała potencjał piosenki. Każda nuta powoduje dreszcze, a odbiorca dostrzega niewypowiedziany bunt drzemiący w każdym spojrzeniu wokalistki.

giphy

W całym tym złocie, klejnotach, sukniach, wężach i bieliźnie kryje się według mnie dawka mimo wszystko autentycznego przekazu. Swift wielokrotnie oskarżana o udawanie ofiary i jednolitą tematykę piosenek, chce zerwać przyklejoną do siebie łatką, i niejako każdego obwinić za swój wzburzony nastrój, aktualny stan, który zdaje się zapowiadać zupełnie nowy rozdział twórczości. W końcu stara Taylor nie odbiera telefonu …. bo umarła.

giphy

 

/mikuś out

Both a little scared, neither one prepared, czyli Yooletchka o "Beauty and the Beast" (2017)

yooletchka

Tak,  drodzy Czytelnicy, pobiłam swój osobisty rekord. W ciągu 3 dni byłam w kinie 2 razy, i z obu seansów wyszłam usatysfakcjonowana, pomimo diametralnych różnic pomiędzy obiema produkcjami. Wybaczcie więc nadmiar entuzjazmu, który może niektórych znudzić, ale zdecydowanie jest się czym cieszyć -  nareszcie ujrzało światło dzienne wyczekiwane przez wszystkich live action jednej z najsłynniejszych animacji Disneya. Muszę jednak was ostrzec, że mojej jak zwykle nieuporządkowanej recenzji nie można traktować zupełnie na poważnie, ponieważ nawet nie będę próbowała być obiektywna. Oryginalna wersja, jeżeli za takową weźmiemy disneyowską wersję opowieści, ma specjalne miejsce w moim sercu, właściwie od dzieciństwa, dlatego na tegoroczną premierę czekałam z niecierpliwością. Cieszy mnie też bardzo, że zdecydowanie nie byłam w tym moim oczekiwaniu jedyna, a zdecydowanie nie należałam na sali kinowej do starszych widzów (po części była to pewnie wina godziny seansu) - większość widowni przyszła do kina po to, aby przeżyć na nowo historię, która chwyciła nas w dzieciństwie z serce. I, sądząc po uśmiechach na ich twarzach, po raz kolejny daliśmy się porwać magii tej kultowej historii. Be our guest!


eu_batb_flexhero_header_r_430eac8d

Kocham bardzo <3

Historii, którą film opowiada nie muszę nikomu przypominać, bo znają ją chyba wszyscy. Nie muszę również ostrzegać przed spoilerami - z "Beauty and the Beast" zetknął się w jakiś sposób każdy, nawet jeśli udaje, że nigdy jej nie oglądał i nie wie zupełnie, o co chodzi (tak, tacy ludzie istnieją). Jedna mała rada - tym, co oryginał oglądali x lat temu, radzę przed pójściem do kina odświeżyć sobie animację, żeby móc później czerpać satysfakcję z porównywania obu obrazów. Już po wypuszczeniu pierwszego zwiastunu wiadomo było bowiem, że filmowa "Piękna i Bestia" będzie bardzo blisko oryginału, ale chyba nikt nie przypuszczał, że aż tak. Co nie oznacza oczywiście, że nowa wersja jest pozbawiona zmian, dodających całości świeżości i odrobiny autentyzmu (nie zapominajmy, to cały czas jest bajka!).

3152709-mtp0200_g_p3.000000+

Popatrzcie tylko na to wnętrze <3

Zacznę od tego, co się najbardziej w remake'u rzuca w oczy, czyli od bohaterów. Tegoroczna "Piękna i Bestia" może poszczycić się naprawdę gwiazdorską obsadą, począwszy oczywiście od Emmy Watson w roli Belli oraz Dana Stevensa jako Bestii, którzy mimo moich wątpliwości (głównie dotyczyły roli męskiej) stanęli na wysokości zadania, chociaż trzeba przyznać, że zaklęty książę był zdecydowanie za ładnym potworem, żeby być straszny (ale czy kogokolwiek przestraszyła Bestia w oryginale?), a jego postać poszła odrobinę bardziej w komediową stronę, nie jednak na tyle, aby zmienił się jej gburowaty charakter. Emma w tytułowej roli sprawdziła się świetnie, doskonale oddając nieustraszoność oraz ogromny wdzięk bohaterki, która nie waha się łamać stereotypów i stawiać na swoim - wyglądała przy tym również, jakby autentycznie cieszyła się z odgrywanej roli.

rs_1024x713-161104092241-1024.Beauty-and-the-Beast.9.ms.110416

Wszyscy wiemy, że Emmie Watson we wszystkim ładnie, nawet w żółtym

 

Błyszczeli również Stanley Tucci, Ewan McGregor, Ian McKellen oraz Emma Thompson jako Cadenza, Lumiere, Cogstworth i Ms. Potts, których jednak zdecydowanie lepiej się słuchało, ponieważ to właśnie zanimowane sprzęty domowe z użyczonymi przez nich głosami przyćmiły wszystko inne. Pamiętamy, że w oryginale ożywione przedmioty miały ogromne znaczenie w całej historii, bezpośrednio przyczyniając się do happy endu, ale również wykazując się ogromnym poświęceniem i lojalnością wobec swojego pana. Filmowa wersja jest pięknym hołdem dla tych postaci, nie tylko bowiem wiernie oddaje ich pierwotnie zamierzone charaktery oraz zachowania (tak bardzo czekałam na przekomarzanie się Cogswortha z Lumiere'em), ale dzięki naprawdę dopracowanej technice komputerowej daje im nowe, bardziej dopracowane i realistyczne oblicza - serio, nigdy się nie spodziewałam, że ożywiony klawesyn, śpiewająca garderoba czy pawiopodobna miotełka do kurzu wzbudzać będą u mnie tak pozytywne uczucia.

gallery-1478513245-beauty-and-the-beast-house-staff

Ten, kto był odpowiedzialny za wizualizację sprzętów domowych powinien dostać za to jakąś nagrodę

Co do pozostałych bohaterów, równie ważnych co wcześniej wymienieni - tak jak w oryginale miałam zawsze problemy z zaakceptowaniem duetu Gaston & LeFou, to w tym przypadku byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona wyraźnymi zmianami, jakie zaszły w obu bohaterach. Natrętny i agresywny adorator głównej bohaterki, grany przez rewelacyjnego Luke'a Evansa nadal jest zapatrzony w siebie i nie grzeszy zbytnią inteligencją, ale jego postać wyzbyła się na szczęście irytującej maniery kreskówkowego bohatera, z groteskowo przerysowanym każdym zachowaniem, które po prostu nie pasowałoby do całości konwencji (przykładowo, tak jak scena w karczmie zawsze niemożliwie mnie irytowała, to uwspółcześniona wersja z pewnością może zaliczać się do jednej z lepszych musicalowych scen zbiorowych, po części może dlatego, że Luke naprawdę nieźle śpiewa). Mieszane mam uczucia natomiast jeśli chodzi o kompana i sługę Gastona - spodobało mi się, że filmowy odpowiednik nie jest już takim głupawym idiotą jak ten animowany ( LeFou, grany przez Josha Gada, potrafi na przykład odpyskować co nieco, gdy trzeba, ale przeliterować nazwiska swego pana już nie łaska), nie przekonana jestem jednak co do jego sugerowanej delikatnie, jednak wystarczająco wyraźnie orientacji seksualnej, przedmiotu prawdziwej burzy medialnej ostatnich kilku tygodni. LeFou w filmowym remake'u jest homoseksualistą, czego można domyślić się z zaledwie z dwóch scen, jednak nie jest to moim zdaniem sprawa, która powinna wzbudzać takie emocje, w dodatku w większości niezdrowe, zważywszy na zdecydowaną subtelność wspomnianych momentów.

luke-evans-gaston

Tak, scena z karczmy była bardzo dobra (nie przypuszczałam, że kiedykolwiek to napiszę)

Nowa "Piękna i Bestia" czaruje jednak przede wszystkim w aspekcie wizualnym, charakteryzuje się bowiem niezwykłą dbałością o wszelkie szczegóły, zarówno wtedy, gdy chodzi o stroje (te Belli są wprost idealne) jak i wszelkie lokacje, w których są kręcone poszczególne sceny. Większość z nas, odbiorców, zapewne zdaje sobie sprawę, że nie obyło się bez green screenu i zaawansowanej edycji komputerowej, jednak nie jest to coś, co zauważamy od razu, szczególnie przy tak pięknej kolorystyce, pomysłowych kadrach oraz klimatycznym oświetleniu (przykładowo, scena balu i niezwykłe, rozproszone, migotające drobinki, otaczające tańczącą parę). Wszystkie te elementy sprawiają, że filmowa "Beauty and the Beast" jest po prostu wizualną ucztą, ukazującą nam znane już w większości kadry w nowy, świeży i fascynujący sposób. I to się po prostu bardzo dobrze ogląda.

gallery-1485847004-lumiere-be-our-guest-trailer-grab

Odświeżona scena z "Be Our Guest" wypada, a jakże, równie efektownie

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o muzyce, która w "Pięknej i Bestii" zawsze odgrywała bardzo ważną rolę. Ciekawym zabiegiem było wprowadzenie do fabuły kilku nowych piosenek, które ładnie wpasowały się między znane wszystkim melodie, jednak w porównaniu z klasyczną już resztą wypadły nieco blado. Największą uwagę jednak przyciągali (nie dziwne zresztą) śpiewający aktorzy, którzy naprawdę w większości wypadli doskonale (wspominałam o Evansie, dał radę również McGregor i Thompson - ona zawsze daje radę rzecz jasna), ale ze scen musicalowych zdecydowanie najlepiej wyszły te zbiorowe - na przykład słynna scena na rynku, w karczmie czy na zamku, podczas kolacji. Najwięcej zastrzeżeń mam do samej Bestii, którego głos zwyczajnie mi się nie podobał i wolałabym go śpiewającego słyszeć tylko okazjonalnie (a miał co najmniej dwie piosenki), ale sceny z nim nie były tak złe, jak z pewnością mogłyby być, gdyby nie było możliwości wizualnego nadrabiania niedoskonałości.

beauty-and-the-beast-post4

Aaaaaargh, te wnętrza

Nie mogę na koniec nie wspomnieć o małej kiksie, jaką są polskie napisy do filmu - władający biegle językiem angielskim, uzbrójcie się w cierpliwość, ponieważ niektóre tłumaczenia (a raczej wstawione zupełnie inne słowa, niż powinny być) wołają o pomstę do nieba. Nie wiem, z czego to wynika, ale z doświadczenia wiem, że wielu może to denerwować. Co oczywiście nie oznacza, że doradzam pójście na wersję z dubbingiem, Ja nigdy nie doradzam dubbingu. NIGDY. Zapamiętajcie to sobie (przepraszam, nie miało być tak agresywnie).

5890011bad5cd34c8aed5b2f_o_U_v1

Tak będzie krzyczeć Bestia, gdy wybierzecie wersję z dubbingiem

 Polecam filmową wersję "Pięknej i Bestii" wszystkim tym, którzy chcą na trochę ponad dwie godziny powrócić do dzieciństwa i poczuć znowu tego niezwykłego, Disneyowskiego ducha, w nowszej, świeższej i satysfakcjonującej wizualnie odsłonie. Nie jest to adaptacja niekonwencjonalna czy zasadniczo zmieniająca oryginał, także ci oczekujący zrewolucjonizowania kultowej bajki mogą poczuć się zawiedzeni. Myślę jednak, że nie chodzi w tym wszystkim o wprowadzanie wielkich zmian do tego, co znamy i kochamy - ten remake należy raczej potraktować jako próbę nieco nostalgicznego hołdu dla baśni, która podbiła serca wielu widzów i dzięki filmowej wersji podbije ich zapewne jeszcze więcej (tak wiemy, to wszystko przecież sprowadza się do syndromu sztokholmskiego, a Bella zakochała się w Bestii bo był bogaty, khem).

BeautyAndTheBeast2017Wallpaper11483

*Still better than Twilight*

/yooletchka out

 

We are the fandom who waited, czyli Yooletchka & Czajnikt o „The Six Thatchers”

yooletchka

CO. TO. BYŁO.

Właściwie na tych trzech słowach mogłaby się nasza „recenzja” skończyć. Czekaliśmy na ten odcinek 3 lata, zwodzeni przez nieustanny trolling duetu Moffata i Gatissa, analizując klatka po klatce i piksel po pikselu wszystkie dostępne materiały, bo fandom tego jedynego w swoim rodzaju detektywa nigdy się nie poddaje. W końcu kto normalny czeka tyle lat na 3 odcinki?

21ecebeed55cdc8bed1166a700cfc529

*BEZWYSTYDNE, OKROPNE SPOILERY, AHEAD. ZOSTALIŚCIE OSTRZEŻENI*

Po pierwsze, właściwie od pierwszych sekund nowego odcinka widać, że nie jest to już ten kameralny serial z 2010 roku, z przysłowiowymi już rekwizytami i aktorami, których można kojarzyć z wszystkich innych lepszych produkcji BBC. Sherlock z 4 sezonu jest mroczniejszy, bardziej dynamiczny i wyjątkowo filmowy, idący momentami nawet w stronę kina akcji. Początkowo bardzo bałyśmy się, że to wszystko nie wypali, a z założenia kameralny i niskobudżetowy serial już nigdy nie odzyska swojego wyjątkowego klimatu. Na szczęście, pomimo wielu scen w stylu „zabili go i uciekł” w najnowszym odcinku – mamy między innymi niezwykle efektowną bijatykę w basenie, przelot przez akcje A.G.R.A., (które oczywiście nie opierały się na dystyngowanym popijaniu herbatki), nadal da się odczuć tę charakterystyczną, pierwszosezonową aurę, która wciągnęła nas doszczętnie. Nadal mamy tu błyskotliwe dedukcje, trudny do zrozumienia mamrot Sherlocka, przytulne Baker Street i niezmienną panią Hudson bez której, jak wiemy, Anglia by upadła. Zostajemy wciągnięci w wir połączonych ze sobą spraw, które jakkolwiek nieprawdopodobne by nie były zdają się tworzyć wspólną całość.


tumblr_oj4kq0l0gm1todftuo1_400

 Balonik został okrzyknięty bohaterem odcinka

Co jest nowego? Dziecko. Zmienia ono, jak w prawdziwym życiu wszystko i jest przyczyną naprawdę świetnych scen. Mało tego, znacząco zmienia się dynamika relacji pomiędzy postaciami. Johna znowu dopadła rutyna i, jak to weteran wojenny, zaczyna sobie szukać od niej odskoczni. Tu należy nadmienić ,ze zupełnie nie rozumiemy oburzenia jego zachowaniem sporej części fandomu (obserwowałyśmy na bieżąco komentarze). Owszem, potajemne smsowanie z tajemniczą nieznajomą (która pewnie i tak nie jest zupełnie przypadkowa – Sherlock i przypadkowość?) podczas gdy żona jest najbardziej zaabsorbowana małym dzieckiem nie należy do najszlachetniejszych zachowań, ale też nie jest zbrodnią, zaś John aniołem nie jest. Najprawdopodobniej część sherlockianów stawia go w totalnej opozycji do Sherlocka, który ma immunitet na bycie dupkiem, a tak chyba nie jest, zarówno w Kanonie, jak i serialu BBC.

Dziecku by się pewnie dostało gdyby było trochę większe

Jakby nie patrzeć, zmienia się też sam Sherlock, który jeszcze bardziej daje do zrozumienia, że wcale nie jest wyłącznie chłodno pracującym umysłem, niezdolnym do uczuć. Detektyw się przywiązuje i przyzwyczaja do otoczenia, i tak jak każdy człowiek jest zaniepokojony, gdy ktoś mu tę rzeczywistość próbuje zaburzyć. Jakkolwiek jest to trochę paradoksalne w zestawieniu z profesją, którą wykonuje (w końcu próbuje rozwiązać tajemnicze, nagłe przypadki), to z uwagi na ludzką naturę jest to całkowicie normalne. Proces przemiany Sherlocka zaczął się przecież od momentu, gdy spotkał Johna – możemy dostrzec, jak, co prawda nieudolnie, detektyw stara się zaakceptować te wartości, osoby i rzeczy, które są dla Watsona ważne - naturalne jest więc, że stopniowo odkrywamy uczuciowość i emocjonalność Sherlocka, którą przedtem w sobie dusił, będąc zapewne pod znaczącym wpływem Mycrofta. Bardzo nam się właśnie ten rozwój postaci w najnowszym odcinku podobał, szczególnie jesteśmy ciekawe, jak bardzo, w wyniku ostatnich wydarzeń z odcinka, zmieni się relacja z Johnem.

 tumblr_oj4hkmgdht1qewsw4o5_500

D'awwwwww

Co do Mary i jej śmierci – duża część fandomu jej tego życzyła.  Sądzimy, że po wydarzeniach z „The Six Thatchers” nastawienie chociaż części widowni się nieco zmieni. Owszem Mary nadal kłamie, wodzi za nos zarówno Sherlocka jak i Johna, ale szczególnie końcówka odcinka, w której przyjmuje na siebie kulę przeznaczoną dla aroganckiego (jak zwykle) detektywa sprawia wrażenie sugestii odkupienia swoich wszystkich grzechów. Bez tej sceny prawdopodobnie miałabym problem z zaakceptowaniem wyczynu z listem – niespodzianką, chociaż oczywiście strasznie żałuję śmierci tak ciekawej, nieoczywistej i złożonej postaci. Najbardziej dobijająca jest chyba reakcja Johna, a właściwie przekierowanie wszystkich towarzyszących emocji na najbliższego przyjaciela, co oczywiście powoduje zachwianie emocjonalne Sherlocka, przyzwyczajonego do akceptacji Watsona no i późniejsza scena z Molly, która nigdy by dobrowolnie takich słów nie wypowiedziała.

tumblr_oj4gzgQMZC1ttko1so4_500

;______;

I tak w przeciągu zaledwie jednego odcinka przeszliśmy od pogodnego, wręcz komediowego wstępu (tweetujący bez przerwy Sherlock, Rosamund, sceny z Tobym) do, jak to sama stacja BBC określiła, "PURE DRAMA". Nie jesteśmy przekonane, czy nasze serduszka wytrzymają więcej tak naładowanych emocjonalnie epizodów, ale jedno jest pewne - "The Six Thatchers" to jedynie rozgrzewka, wykonana co prawda w zawrotnym tempie - dalej będzie gorzej.

tumblr_oj4g56nNtP1vbrpqoo1_500

/yooletchka & czajnikt out

© Sztuczne raje
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci