Menu

Sztuczne raje

Blog popkulturalny, okolicznościowo aktualizowany

You will be found, czyli Yooletchka o "Dear Evan Hansen"

yooletchka

Pamiętacie, jak kiedyś wspominałam, że potrafię się czymś w ogóle nie interesować, albo zainteresować się na 100 procent? I nic pomiędzy? No więc jeśli wtedy to stwierdzenie was za bardzo nie przekonało, to macie kolejny dowód, że to prawda. Jakiś czas temu, w ramach małego odstresowania przed rozpoczynającym się rokiem akademickim (który nota bene zdążył mi już nieźle dokopać, hehe, nawet pierwszy semestr się nie skończył) obejrzałam dwa cudownie odmóżdżające i naiwne filmy, a mianowicie dwie części "Pitch Perfect" (chwała Bogu, że tym razem nasi dystrybutorzy nie zdecydowali się kombinować i zostawili oryginalny tytuł, bo "Słuch Absolutny" brzmiałby...dziwnie). Traf chciał, że największą uwagę w tym dziele, opowiadającym o perypetiach studenckich grup acapella, zwróciłam wcale nie na główne bohaterki (aka The Barden Bellas), tylko na śpiewających panów. Konkretnie chodzi mi o Bena Platta, wcielającego się w rolę Benjamina -  nieśmiałego, uroczego i niezwykle utalentowanego wokalnie fana Star Wars i sztuczek magicznych. Chłopak potrafi śpiewać, to widać (i słychać) od razu, więc naturalnym było dla mnie, że po seansie wyszukiwałam na Youtubie filmy z jego licznych występów. I w tym momencie, moi Drodzy, połączyłam fakty - przypomniał mi się musical, obsypany nagrodami na tegorocznym rozdaniu Tony, w którym w główną rolę wciela się...nie kto inny jak wspomniany pan. Później już poszło szybko - wystarczyło, że wysłuchałam jednej piosenki i już wiedziałam, że nie ma dla mnie ratunku.

deh600

płyta już do mnie doleciała, żebym mogła legalnie puszczać wszystkie piosenki w kółko *no regrets*

 Wiem, wiem, nie jestem ze swoim zachwytem za bardzo aktualna, ale tak jak "Hamiltona" odkryłam ten musical dość późno. Mimo wszystko mam wrażenie, że tak jak ten pierwszy tytuł jest rozpoznawalny dość dobrze nawet w Polsce, to o "Dear Evan Hensen" poza USA nikt za bardzo nie słyszał. Trudno się dziwić - do Nowego Jorku mamy trochę daleko, co oznacza, że z całym soudtrackiem możemy się *legalnie* zapoznać najwcześniej z momentem wydania oficjalnej płyty (rzecz jasna są również *khe, khe* bootlegi, których wcale nie oglądałam, wcale). O czym opowiada "Dear Evan Hansen"? Na pierwszy rzut oka przewodnia historia wydaje się dość banalna, ale uwierzcie mi, szybko okazuje się, że taka nie jest. Tytułowy bohater jest uczniem jednego z amerykańskich liceów (w oryginale jest to oczywiście high school), a poznajemy go w momencie, gdy po przerwie (wakacjach? przerwie zdrowotnej?) powraca do szkoły. Evan cierpi na tzw. social anxiety, paranoicznie boi się wyśmiania i zranienia przez innych, a nawiązywanie podstawowych międzyludzkich relacji wiąże się u niego z ogromnym stresem. Pod czułym i troskliwym, ale nie za bardzo spostrzegawczym okiem zapracowanej matki chłopak próbuje kolejny raz zacząć od nowa i zgodnie z zaleceniem swojego terapeuty pisze, w ramach swoistej autoterapii, listy do samego siebie, które mają zachęcić go do działania i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Traf chciał, że pierwszą z takich wiadomości (napisaną całkiem na opak - miało być pozytywnie, budująco i optymistycznie) przejmuje szkolny outsider ze starszej klasy, Connor Murphy.

mike_faist_2__c_matthew_murphy.jpg_7201493064454

Dalej jest tylko *spoiler* gorzej. Pewnego dnia Connor popełnia samobójstwo, a przy ciele zmarłego rodzice znajdują list Evana, a właściwie jego dramatyczne wołanie o pomoc. Jako że jest podpisany "Twój przyjaciel" zakładają, że ostatnie słowa chłopaka skierowane były do głównego bohatera, który nie potrafi ich przekonać, że było inaczej, i musi podjąć decyzę, czy angażuje się dalej w tę sytuację, czy całkowicie się od niej odcina i przyznaje, że ze zmarłym go nigdy nic nie łączyło (co by było prawdą). Evan tego drugiego nie jest w stanie zrobić, więc postanawia opowiedzieć rozpaczającym rodzicom Connora historię ich wyimaginowanej przyjaźni, pokazuje im sfabrykowane razem ze znajomym, Jaredem, e-maile, które ze sobą rzekomo wymieniali i generalnie sprawia, że wszyscy zaczynają wierzyć w wersję zdarzeń, którą prezentuje (nawet siostra zmarłego, Zoe, obiekt westchnień Evana).

lauradreyfussandbenplatt.jpg.CROP.promo-xlarge2

Chcę kogoś w moim życiu, kto patrzyłby na mnie tak, jak Ben patrzy na Laurę <3

Stopniowo cała sytuacja wymyka się spod kontroli, a główny bohater nie umie i nie ma odwagi powiedzieć prawdy oraz zatrzymać tym samym całego zbudowanego na jego kłamstwie dobra (jego wzruszająca przemowa z okazji utworzenia Connor Project – fundacji mającej zajmować się upamiętnieniem zmarłego i zapobieganiem samobójstwom wśród młodzieży trafia do sieci i zyskuje niespodziewaną popularność, rodzice Connora zaczynają traktować Evana jak własne dziecko, a Zoe nareszcie zaczyna go zauważać i odwzajemniać uczucia). Przez moment główny bohater sprawia wrażenie szczęśliwego oraz spełnionego – nareszcie ludzie zaczynają go zauważać, i nie potrzebuje już martwić się o to, że zostanie odrzucony. Jednak na tym historia się nie kończy. Evan zaczyna zaniedbywać swój autorski projekt i popada w konflikt z matką, która odkrywa, że jej syn właściwie znalazł sobie nową rodzinę, a nieco za bardzo dociekliwa (czy raczej wścibska) koleżanka udostępnia na Facebooku list głównego bohatera, czyli źródło wszystkiego tego, co się wydarzyło. W tej sytuacji Evanowi pozostaje jedno wyjście - przyznanie się do tego, co zrobił.

1ae3022fe016fa29f52214f7f8f9d798

Ben Platt w trakcie pierwszej części musicalu ma minę zbitego szczeniaczka, a w trakcie drugiej płacze. Nie powiem, że mnie to nie ruszyło

Dlaczego "Dear Evan Hansen" jest tak ważny i wartościowy (i nie, to nie jest tylko moja opinia, wystarczy spojrzeć na ilość nagród, które musical zgarnął na tegorocznych Tony Awards)? Z pewnością na pierwszy plan wysuwa się fabuła całości, do bólu aktualna i niezwykle osobista. Musical porusza nie tylko problematykę samobójstwa - skupia się również na typowych problemach rodzinnych oraz rozterkach młodych ludzi, usiłujących znaleźć swoje miejsce na świecie i rozpaczliwie próbujących się dopasować do otaczających ich równieśników. Właśnie taki jest Evan, główny bohater (REWELACYJNY BEN PLATT, o czym jeszcze później), którego postać jest zdecydowanie jedną z najlepiej napisanych ról w tej produkcji. I nie, nie chodzi mi wyłącznie o partie wokalne, do których na pewno jeszcze dotrę, ale o dającą się zauważyć właściwie od pierwszej sceny wrażliwość bohatera, doskonale widoczną nieporadność i strach oraz wstrząsające backstory, które stopniowo, w miarę rozwoju akcji nam się ujawnia. Na początku wiemy o Evanie tylko tyle, że cierpi na fobię społeczną, jest chorobliwie nieśmiały i nie radzi sobie z pozornie prostymi relacjami. Jedynym miejscem, gdzie chłopak nabiera nieco odwagi jest Internet, a konkretnie Facebook, za pośrednictwem którego odbywa większość rozmów ze swoimi szkolnymi znajomymi (bo raczej nie przyjaciółmi).

DDBukr5UMAA77q8

Zaczynamy zastanawiać się, skąd u niego złamana ręka, dlaczego prawie codziennie bierze leki i regularnie uczęszcza na spotkania z terapeutą? Tak jak już napisałam, odpowiedź na te pytania pojawia się nie od razu, nie pojawia się również zupełnie wprost - na przestrzeni całego musicalu są nam serwowane drobne urywki, fragmenty tego, co się stało wcześniej, które dopiero po złożeniu w całość pozwalają domyśleć się prawdy. Teraz uwaga, będzie gigaspoiler, więc usłużnie go oznaczę gwiazdeczkami, coby nie było, że zepsułam Wam, drodzy Czytelnicy, zabawę:

*

Evan przeżył próbę samobójczą, o której nie wie nawet jego matka, a pamiątką po niej jest właśnie ręka w gipsie, którą później podpisuje Connor. Historia z upadkiem z drzewa, powtarzana wielokrotnie przez Evana w różnych wersjach nie była wcale nieszczęśliwym upadkiem, ale decyzją bohatera, który chciał w ten sposób zakończyć swoje życie. No, to teraz możecie sobie wyobrazić jak wyglądałam pod koniec musicalu, gdy wszystkie elementy układanki ułożyły mi się w całość. Podpowiedź: nie wyglądam korzystnie, gdy płaczę jak bóbr.

*

dear-evan-hansen
nie, panowie nie grają w pchełki

Niewątpliwą i oczywiście największą zaletą tego musicalu są z pewnością piosenki, które i w tym przypadku mają zdolność rozłożyć widza (i słuchacza) na łopatki. Pozornie nie ma w nich nic wybitnie oryginalnego, co więcej, mamy wrażenie, że niektóre melodie już gdzieś słyszeliśmy. Nie jest to bynajmniej  przypadek, i z pewnością ludzie bardziej obeznani w musicalowym świecie potwierdzą, że tak jest - nie da się uniknąć pewnych, aranżacyjnych i melodycznych nawiązań, gdy konsekwentnie realizujemy założenia określonego gatunku muzyczno - scenicznego. Musicale, szczególnie te współczesne, utrzymane są w bardzo charakterystycznym, zdecydowanie unikalnym, ale jednocześnie eklektycznym stylu (stąd tyle zapożyczeń z innych gatunków muzycznych) - nie na darmo w końcu posługujemy się sformułowaniem "musical theatre style" na określenie szczególnego sposobu śpiewania i prezencji scenicznej. Mam wrażenie, że piosenki z "Dear Evan Hansen" stanowią modelowy wręcz przykład tego, jak się powinno pisać musicalowe utwory - doskonale zaaranżowane (trudno się dziwić, w końcu za orkiestrację jest odpowiedzialny ten sam pan, który pomagał Linowi Manuelowi Mirandzie przy "Hamiltonie" - Alex Lacamoire), z pięknymi, kontrastującymi melodiami (to jest w ogóle fenomen - myślisz, że to nic trudnego i próbujesz śpiewać, ale okazuje się, że jednak nie wszystko jest napisane tak, że każdy da sobie radę) i poruszającym tekstem.

 DEHBenPlattRachelBayJones5023PhotoCreditMatthewMurphy

No właśnie, tekst, to kolejna ogromna zaleta "DEH" - pamiętacie moją recenzję serialu "13 Reasons Why"? Napisałam wtedy, że poruszana tam tematyka jest bardzo ważna, ale zdecydowanie serial ten nie powinien być jedynym takim dziełem podejmującym problematykę samobójstwa. Serial jest bardzo poruszający, gra na emocjach widzów (szczególnie tych młodych), ale brak w nim jednoznacznego przesłania, że odebranie sobie życia jest złą decyzją i pod żadnym pozorem nie powinno się na taki krok decydować - dlatego odczuwałam po jego obejrzeniu pewien niedosyt. Na szczęście "Dear Evan Hansen" podejmuje ten temat zupełnie inaczej, czego dowodem jest chociażby rewelacyjna piosenka "You Will Be Found" (dosłownie tytuł można przetłumaczyć na "Zostaniesz zauważony/dostrzeżony") mówiąca o tym, że każda osoba nie radząca sobie ze swoimi problemami prędzej czy później znajdzie wsparcie i pocieszenie, odbije się od dna i zacznie życie na nowo. Jakkolwiek nieco infantylnie to brzmi, czyż takie przesłanie nie jest o niebo lepsze od niejasnej puenty Netflixowej produkcji?

image

Kiedy to piszę, Ben Platt zaśpiewał już swój ostatni raz jako Evan - po ponad 3 latach oddaje tę postać innym, równie utalentowanym panom. Musical nadal spotyka się z ogromną aprobatą publiczności, której nie brakuje na każdym przedstawieniu. Nie ulega wątpliwości jednak, że lwia część sukcesu, który odniósł musical, to zasługa odtwórcy głównej roli. Ben Platt (pomijając fakt, że jest kolejnym adorable cinnamon roll) był do niej stworzony - rewelacyjnie sprawdzał się zarówno w tych emocjonalnych piosenkach (np. "Worlds Fail") jak i tych bardziej komediowych, przy czym jego głos ma tę przeze mnie uwielbianą barwę (lekko niedoszlifowany, ale pełen uczucia - słychać po prostu, że śpiewa całym sobą), która sprawia, że mam z jednej strony gęsią skórkę, a z drugiej strony nieodparte pragnienie przytulenia głównego bohatera i zapewnienia go, że wszystko się jeszcze ułoży. Zaiste dziwny jest ten zestaw emocji.

static.playbill.com

Co tu dużo mówić - idźcie, słuchajcie, oglądajcie, wzruszajcie się i rozważacie. Czyli to, co zwykle.

/yooletchka out

Since you've gone I' ve been lost without a trace, czyli Yooletchka o drugim sezonie "Stranger Things"

yooletchka

Październik był dla mnie bardzo napiętym miesiącem, nie tylko ze względu na rozpoczęty rok akademicki, ale również z powodu wysypu ogromnej ilości filmów i seriali, o których od razu było wiadomo, że będę je oglądać (sami rozumiecie, doba ma tylko 24 godziny, a to jest w niektórych przypadkach zdecydowanie za mało). Nie jest to pewnie zaskoczeniem, drodzy Czytelnicy, że oczywiście taką obowiązkową pozycją był dla mnie drugi sezon "Stranger Things", serialu, który plasuje się bardzo wysoko na moim osobistym rankingu ulubionych Netflixowych produkcji. Czekałam z utęsknieniem na powrót mojej ukochanej obsady (szczerze nie pamiętam innego dzieła, w którym bardziej by mi się podobała dziecięca gra aktorska) oraz bardzo bliskiego mi klimatu lat 80. (nie oszukujmy się, głównie ze względu na muzykę), więc w pamiętny piątek 27 października wróciłam pędem z uczelni, zaparzyłam kubek gorącej herbaty, odpaliłam lapka i rozpoczęłam binge - watching.

Chill#takbyło

Nie wiem, czy macie też coś podobnego, ale kiedy wracam po czasie do jakiegoś serialu, to przez jakiś czas nie potrafię w ogóle zauważyć jego ewentualnych wad - tak bardzo cieszę się z powrotu ulubionych bohaterów, a historia wciąga mnie bez reszty, i dopiero po jakimś jednym dniu od obejrzenia jestem w stanie się zastanowić, czy to, co zobaczyłam, miało sens. Nie bójcie się, "Stranger Things" zdecydowanie sens miało, oglądało się je świetnie, a ponowne spotkanie z serialowymi postaciami było jak powrót do starych przyjaciół, ale zauważyłam coś, co sprawiło, że mój ultraentuzjazm nieco przygasł. Już wyjaśniam, o co mi chodzi.

swf1_0

also wpis jest pełen MROCZNYCH STRASZNYCH SPOILERÓW, więc jeśli nie widzieliście jeszcze 2 sezonu, to uciekajcie. Ale później możecie wrócić

Co się dzieje w 2 sezonie, i dlaczego, pomimo najszczerszych chęci braci reżyserów, nie dorasta on do pięt pierwszego? (no dobra, może trochę przesadzam, nadal mi się bardzo podobał) Po pierwsze, trudno mówić o wielce oryginalnej fabule –jasne, wprowadzono kilka nowych wątków, ale jestem pewna, że po wnikliwym obejrzeniu 1 sezonu mało co nas w ogóle zaskoczyło, ponieważ z łatwością można było zaobserwować powtarzające się motywy fabularne. Tak jak poprzednio, głównym poszkodowanym jest Will, z tą różnicą, że „fizycznie” nie zaginął – cały czas jest pod czujną obserwacją matki (jeszcze bardziej histeryczna Winona Ryder, nie wiedziałam, że się tak da) i przyjaciół, jednak nawet oni nie są w stanie go całkowicie ochronić przed przerażającymi wizjami Upside Down i kolejnego, groźniejszego niż Demagorgon potwora. Cała linia akcji układa się podobnie – we wprowadzeniu mamy zasygnalizowany problem, później następuje próba rozgryzienia schematu, pola i zasięgu działania potwora, na końcu wszyscy bohaterowie jednoczą się, aby stawić czoła złu. Wymiennie dostajemy zamiast światełek i fiksacji z prądem (chociaż te też się zdarzają) dziwaczne rysunki Willa, nawet w połowie nie tak oryginalne jak rozwiązanie z pierwszego sezonu. Banalne, prawda?

https_2F2Fblueprintapiproduction.s3.amazonaws.com2Fuploads2Fcard2Fimage2F3735072F158e82779b8640c0a3220781f27652e4

Mimo wszystko #oprawiłabym

 Na szczęście, jest wiele elementów, które nam tą ogromną przewidywalność neutralizują, chociaż nawet niektóre wątki poboczne powielają rozwiązania z poprzedniego sezonu. Przykładowo, wątek lubego Joyce, Boba, jest właściwie paralelą do historii Barb z pierwszego sezonu. Przyznam się, że jego śmierć nie była dla mnie żadnym zaskoczeniem, zastanawiałam się tylko, kiedy nastąpi (oczywiście, szturm na laboratorium był równoznaczny ze stratami w ludziach, bez nich szło zdecydowanie za gładko - przez moment tylko bałam się, że na odstrzał pójdzie Hopper, czego bym panom reżyserom już nie darowała), a po pierwszym sezonie można się już przyzwyczaić do tego, że potwory dopadają tych, którzy na to najmniej zasługują. Także kolejni nowo wprowadzeni bohaterowie nie zrobili na mnie wrażenia - owszem, rudowłosa Max miała zadatki na ciekawą postać (rewelacyjne sceny w Arcade!, szkoda, że została sprowadzona prawie wyłącznie do roli love interest'u Lucasa i Dustina), czego niestety nie można powiedzieć o jej starszym przyrodnim bracie, Billym. Ja rozumiem, zamiarem było wprowadzenie okrutnego, brutalnego buntownika (oczywiście w pakiecie ze znęcającym się ojczymem - bo, jak wiadomo, każde wybuchowe zachowania trzeba tłumaczyć patologicznym backgroundem, innych rozwiązań absolutnie nie można zastosować), próbującego wszystkim narzucić swoje zdanie, ale jego postać okazuje się być tak pretensjonalna, że aż totalnie nieautentyczna. Fajny to może ma tylko kolczyk i furę. No i gust muzyczny, to trzeba docenić.


billystrangerthings

No ok, Billy miał być chyba chodzącą reklamówką lat 80, i to chyba wyszło

 Jeszcze co do nowych wątków - bardzo przepraszam, ale pomimo najszczerszych chęci nie mogę uznać za odkrywczą alternatywną historię Eleven. Owszem, spotkanie z matką i rozszyfrowanie jej pozornie bezsensownego potoku słów było bardzo pomysłowe (uwielbiam takie wprowadzane do fabuły łamigłówki, szczegónie jeśli przyczyniają się do pogłębienia portretu psychologicznego postaci), ale dalszy bieg już niestety nie. Odszukanie Ósemki i jej grupy było nie tyle boleśnie przewidywalne, co po prostu nieco nudne - ci, co przypatrzyli się lepiej Nastce w pierwszym sezonie wiedzieli, że współpraca dwóch pań szybko się zakończy, bo pomimo tego, że dziewczynka bez wahania stosowała przemoc, kiedy to było konieczne, to z pewnością nie była to jej jedyna i ulubiona metoda działania. Prawdziwym złotem była dla mnie natomiast niesamowita relacja Eleven z Hopperem (cudowny David Harbour), pełna nieśmiałości, odmiennych zdań i trzaskania drzwiami (oraz ogromnej ilości Eggos, obviously), ale jednocześnie silna i zdolna przetrwać przeciwności losu. Jim w tym sezonie przechodzi najbardziej widoczną moim zdaniem metamorfozę - odnajduje w sobie głęboko zakopane zdolności do bycia ojcem, umiejętności które świadomie porzucił jakiś czas temu, kiedy był zmuszony oglądać śmierć swojej ukochanej córeczki. Jesteśmy świadkami małej retrospekcji z pierwszego sezonu, kiedy po zwycięskiej walce z Demagorgonem Eleven przychodzi po jedzenie do skrytki w lesie, którą regularnie uzupełnia policjant. Kiedy nareszcie odważa się pokazać Hopperowi, ten bez wahania bierze ją pod swoje skrzydła, organizuje bezpieczną kryjówkę i generalnie stara się zapewnić dziewczynce chociaż podstawy normalnego życia. Zdecydowanie ta stopniowo rozwijająca się releacja jest najlepszym aspektem nowego sezonu "Stranger Things".

subbuzz2063715100879812

I'm not crying, you are

Zdecydowanie pozytywną przemianę przechodzi również Steve - na pewno wszyscy pamiętają go z pierwszego sezonu, w którym zachowywał się jak tchórzliwy, narcystyczny lowelas z napadami zazdrości. Nic dziwnego więc, że większość widzów niemalże automatycznie kibicowała Jonathanowi - dziwacznemu bratowi Willa, który pomimo tego, że zachowywał się jak totalny creep, to w porównaniu z Panem Bajerantem wypadał znacznie lepiej (no i na pewno ciekawiej). W drugim sezonie zachodzi pewna zasadnicza zmiana - do Steve'a dociera nareszcie, że nie warto być dupkiem dla otoczenia, a już tym bardziej dla swojej lubej, Nancy (z którą związek i tak wisi na włosku). Steve zdaje się być bardziej troskliwy i wyrozumiały niż wcześniej, ale z pewnością zasadniczą zmianę widać w jego relacjach z dzieciakami (sceny, w których obmyśla z Lucasem, Dustinem i Mike'em plan działania i jednocześnie stara im się wyperswadować niebezpieczne zachowania, to czyste złoto #2). No i nie powiem, bardzo się cieszę, że mój otp stał się rzeczywistością (Jonathan x Nancy 4ever, fight me if you want).

tumblr_oyjgrxOLdu1vhp69co7_500

Nie bez przyczyny Internet przezwał tego bohatera "Dad Steve" - wystarczy spojrzeć na momenty, w których wyjawia Dustinowi swój sekret na olśniewającą fryzurę i doradza w sprawach sercowych

Oczywiście bezsprzeczną zaletą tego sezonu (podobnie zresztą jak poprzedniego, tutaj się powtórzę) jest rewelacyjna dziecięca gra aktorska. Z jedną małą różnicą - w poprzedniej serii oczy wszystkich zwrócone były na Millie Bobby Brown, wcielającą się w rolę Eleven, która po prostu kasowała konkurencję. Oczywiście, teraz Nastka nadal wymiata, ale fabuła zostałą tak skonstruowana, że umożliwia wykazanie się również reszcie - po prostu przeniesiono ciężar wydarzeń na kogoś innego. I tak jak w pierwszym sezonie Will był prawie wyłącznie wystraszonym, skulonym chłopaczkiem, to w tym sezonie dostaje nie tylko więcej czasu ekranowego, ale nareszcie pokazuje, na co go stać. Jak ten chłopak gra! (mogłabym chyba napisać o tym cały inny wpis) To samo można powiedzieć o jego kolegach, czyli serialowych Lucasie, Dustinie i Mike'u, którzy kolejny raz przekonali nas o swojej przyjaźni, sprycie i rozbrajającej lojalności.

tumblr_otivv7nWXC1vs2i1do1_500

give this child and Oscar

Mimo tego wszystkiego co napisałam, drugi sezon "Stranger Things" zdecydowanie warto zobaczyć - przyjemnie się go ogląda, wychwytuje licznie pojawiające się easter eggs (do których między innymi należą afisze kinowe i piosenki - absolutnie kupili mnie w pewnym momencie, kiedy z samochodowych głośników poleciało "Hammer To Fall") i przede wszystkim, śledzi dalsze losy naszych ukochanych bohaterów. Może dalsza część historii nie jest już tak odkrywcza i oryginalna, ale z pewnością jej oglądanie to kawał dobrej zabawy - nowe "Stranger THings" wzruszają, trochę przerażają i z pewnością zapadają w pamięć.

source

A, zgadnijcie, kto ryczał podczas sceny z Balu Zimowego (wcale nie dlatego, że jako podkład wybrali "Every Breath You Take" The Police - piosenkę, która podobno wcale nie opowiada o miłości, tylko o stalkingu, ale mimo wszystko należy do ukochanych utworów Yooletchki)?

 

/yooletchka

I've been falling for 30 minutes, czyli Yooletchka o "Thor: Ragnarok"

yooletchka

Zgadnijcie, kto pobiegł, jakby go zastęp Walkirii gonił, na pokaz przedpremierowy „Thor: Ragnarok”?

tumblr_inline_ntitnoQzZH1tb36tz_500*maniac laugh*

Podejrzewam, że nietrudno zgadnąć – jeśli choć trochę mnie już znacie, drodzy Czytelnicy, to wiecie, że jestem zwierzęciem premierowym, i jest kilka takich tytułów w moim kinowym repertuarze, na które wybiorę się jak najwcześniej. Choćby nie wiadomo co się wydarzyło.  Dlatego na najnowszej produkcji  wytwórni  Marvel byłam już w środę (inna sprawa, że bardzo zależało mi, aby nikt mi niczego nie zaspoilerował, a informacje dotyczące fabuły krążyły tu i ówdzie już następnego dnia), i, uwierzcie mi, mam ochotę pójść na seans co najmniej jeszcze raz. Będę się bardzo powstrzymywać, żeby nie był to już ten weekend. (kogo ja w sumie oszukuję…)

Thor_Ragnarok_Promo_Banner1

Dotychczas zrobiłam tak tylko z dwoma filmami: „Star Wars: The Force Awakens” i „Doctorem Strange’em”, więc z pewnością jest to już swoista zapowiedź tego, jak mi się najnowszy Thor podobał. Ale nie wzdychajcie ze zniecierpliwieniem, dla tych, co lubią trochę pomarudzić też się co nieco znajdzie. Stay tuned!

Może to będzie dla was wielkim zdziwieniem, ale początkowo nie byłam wcale tak zachwycona, szczególnie po pierwszym obejrzeniu zwiastunu – motyw walki na arenie wydał mi się wybitnie sztampowy, a główna pani Villain nieco niemrawa (prawdą jest, że do dzisiaj nie potrafię wybaczyć Cate Blanchett pewnej wybitnej sceny w trzeciej części Hobbita – ci, co widzieli, z pewnością wiedzą, o co mi chodzi). Dodatkowo, nie bijcie mnie, że to napiszę, nie pałam zbytnio miłością do Hulka - nigdy mnie nie fascynował jako bohater, a sympatią darzyłam jedynie Bruce’a Bannera (głównie pewnie dzięki jego przepychankom z Tonym Starkiem). Byłam bardzo ciekawa natomiast samej wizji Ragnaroku (dla niezorientowanych -  nordyckiej wersji apokalipsy, końca świata, walki bogów) i modliłam się, żeby nie zrobiła się z tego jedna wielka rzeźnia, trwająca przez 80% procent filmu – chociaż gdyby były to wyłącznie sceny z walczącym Lokim, to NA PEWNO bym nie narzekała.

1504825339425_5500092_cops_14

Na zachwyty nad Lokim przyjdzie jeszcze czas, a ja tym czasem ostrzegam was przed spoilerami – z całych sił będę się starała, żeby nic mi się nie wymsknęło, ale dla porządku muszę to napisać (żeby mnie nikt później nie oskórował z zemsty). Co nie oznacza oczywiście, że macie w tym momencie stąd uciekać

Nie będę się więc skupiać dłużej na fabule – powiem tylko tyle, że tak naprawdę nie ma w niej za wielu plot twistów, a jeśli są, to zdecydowanie nie należą do takich, których się nikt nie domyślił. Ze zwiastunu można było wywnioskować dosyć dużo – na pewno to, że mroczna Hela, grana przez Blanchett, jest silniejsza niż to się naszym bohaterom wydaje. Nie była również niespodzianką jej napaść na Asgard, oraz Thor i Loki sprzymierzający swe siły aby ją pokonać, po drodze wdeptujący w sam środek dziwnego miejsca z areną i walczącymi na niej stworami (tutaj pojawił się Hulk). Tak właściwie tutaj można zamknąć zarys tego, co się w filmie zdarzyło, ponieważ paradoksalnie nie główny wątek jest tym, co najbardziej przyciąga uwagę i zasługuje na pochwałę. „Thor: Ragnarok” obfituje w ogrom krótkich, małych scen, nierzadko po prostu śmiesznych, które kolokwialnie rzecz ujmując, robią cały film. Z pewnością należy do nich rewelacyjne cameo ze Strange’em w pierwszej połowie filmu, które moim skromnym zdaniem było jedną z najlepszych scen w całym filmie – wcale nie dlatego, że fanowskie serduszko Yooletchki zabiło szybciej podczas konfrontacji Doctora z Bogiem Psot. Wcale.  Na uwagę zasługują także scena ze Stanem Lee, której nikt się chyba nie spodziewał w tym konkretnym fragmencie historii (chyba dotychczas moja ulubiona – wiem, mówię tak za każdym razem) oraz ogrom nawiązań do pozostałych superbohaterskich produkcji, których wyszukiwanie sprawiało nam, widzom, ogromną frajdę.

0002509893242534535.0

Malutki hint dla tych, którzy filmu jeszcze nie widzieli, a ciekawi są sceny ze Stanem Lee

Co jest niekwestionowaną zaletą „Thor: Ragnarok”? Co sprawiło, że prawdopodobnie będę do tego filmu wielokrotnie wracać? Odpowiedź jest prosta -  Loki  rozwój bohaterów, ujawnienie ich motywacji, ale przede wszystkim pracochłonne dopracowanie każdej postaci, tak, że nie ma się wrażenia, że jakikolwiek wątek jest poprowadzony po łebkach (no może historia Odyna, ale to wyjątek potwierdzający regułę). Bardzo mi się podobał zabieg zastosowany przez reżysera, który zdecydował się pokazać backstory prawie każdej, wprowadzonej do fabuły nowej postaci. Dowiedzieliśmy się więc między innymi, dlaczego Hela jest owładnięta pragnieniem zemsty i zniszczenia, bohaterka grana przez Tessę Thompson nadużywa alkoholu i stroni od towarzystwa, a uroczy Korg (zagrany przez samego reżysera, Taikiego Waititiego)…jest sobą, po prostu. Pomimo tego, że akcja filmu rozgrywa się czasami w wielu miejscach na raz (co wygenerowało konieczność częstych, szybkich cięć, bardzo jednak wpasowanych w całość konwencji – moim zdaniem przypominało to końcówki komiksowych rozdziałów), widz nie ma szans się czuć zagubiony, wręcz przeciwnie, zabieg ten zmusza wszystkich oglądających do stuprocentowej uwagi.

thor-ragnarok

Wracając jeszcze do bohaterów, tym razem jednak do tych doskonale znanych wszystkim fanom serii - to właśnie oni sprawili, że uważam tę część za najlepszą z całej trylogii. Pamiętam, że w pierwszym "Thorze" najgorzej znosiłam głównego bohatera (no może oprócz jego mimotycznej lubej, Jane), natomiast absolutnie pokochałam Lokiego (nie zresztą ja jedna, am I right, Loki's Army?). W drugiej części z Thorem było trochę lepiej (wprawdzie pierwsze, na co zwróciłam wtedy uwagę to to, że nareszcie poprawili mu włosy), a do Lokiego zapałałam jeszcze większym uczuciem. Domyślacie się więc, co się stało po tej części? Tak, dobrze zgadliście, faza na zielonego Boga Psot powróciła w pełnej okazałości. Loki w tym filmie absolutnie wymiata, ma więcej czasu ekranowego i jeszcze więcej do powiedzenia, niż w poprzednich częściach, a kilka scen z nim jest po prostu czystym fanserwisem (nie żeby w tym przypadku było to coś złego).

loki-vs-valkyrie-in-new-thor-ragnarok-photo

ASDFGHJKL

Loki nadal zdradza, próbuje działać w pojedynkę, epatuje przebiegłością, zwinnością i diabelskim sprytem, nie jest już jednak tak naiwny żeby myśleć, że bez Thora da radę uratować i zagarnąć z powrotem Asgard (chociaż z pewnością nie tylko o to mu chodzi). Jesteśmy więc nareszcie świadkami tego, na co czekało wielu fanów - prawdziwej współpracy obojga braci, zawiązaną w "Thor: The Dark World", a kontynuowaną w tej części, pełną uroczych i zabawnych momentów, będących w istocie kolejnymi powodami na to, że ten nieco oryginalny tandem ma sens. ( chociażby wszystkie sceny, w których Thor rzucał czymś w Lokiego, aby upewnić się, czy na pewno nie rozmawia z jego iluzją) Domyślacie się pewnie tego, drodzy Czytelnicy, że w efekcie moje fanowskie serduszko jest do teraz tak przepełnione poseansową euforią, że ciężko mi się do czegoś się tak na poważnie przyczepić.

e7e21ed9552833c1c8006bf6dd80318e

GOD HAVE MERCY

Na pewno nie skłamię, jeśli napiszę, że "Thor: Ragnarok" zdecydowanie różni się od poprzednich części, zarówno jeśli chodzi o klimat, dialogi, scenerię, jak i samych bohaterów. Wszyscy zapewne pamiętają zachowanie Boga Piorunów w jego pierwszej "solówce" - Thor był wyniosły, zarozumiały i całkowicie nieprzystosowany do ziemskich realiów (wystarczyło posłuchać, jak się wypowiadał - do dzisiaj cytujemy z bratem jako swoisty inside joke jedną z z jego kwestii: "Moje ziemskie powłoki słabną, potrzebuję strawy"), tymczasem już po kilku pierwszych minutach nowej produkcji możemy się zorientować, że Odinson niemalże całkowicie porzucił patos i pompę na rzecz...komedii. Tak, "Thor: Ragnarok" jest zdecydowanie filmem śmiesznym, pełnym mniej lub bardziej zręcznych gagów, i właśnie ta diametralna zmiana charakteru filmu była czymś, co nie do końca mi odpowiadało. Owszem, nie zrozumcie mnie źle, na seansie ubawiłam się po pachy, doceniam wprowadzoną przez reżysera świeżą, lekką konwencję, (na co bynajmniej nie byłam przygotowana), ale odniosłam wrażenie, że po prostu nie wszystkie żarty były niezbędnym dodatkiem do fabuły - coś podobnego, chociaż w większym stopniu, odczułam podczas oglądania drugiej części "Strażników Galaktyki", którzy byli zabawni aż do przesytu. Ale czymże jest to moje drobne zastrzeżenie wobec wspaniałości całej produkcji...

0fec1c09728d1765c6bf98791b047738

Zaraz przestanę, obiecuję

"Thor: Ragnarok" jest produkcją niezwykle ekscytującą, nie ukrywam, że najbardziej dla fanów, ale jestem przekonana, że każdy wielbiciel filmów superbohaterskich wyjdzie z seansu usatysfakcjonowany. Do niekwestionowanych zalet filmu, których jeszcze nie wymieniłam, z pewnością należą świetna muzyka (słuchacze rocka na pewno będą szczęśliwi) i niezwykle dopracowana sceneria w poszczególnych filmowych lokacjach (wiadoomo, że 80% robi CGI, ale i tak robi to wrażenie), jednak i tak największe wrażenie zrobił na mnie rozwój bohaterów, ewolucja ich motywacji oraz budowanie wzajemnych więzi (bromance Thora i Lokego 4ever). Co tu dużo mówić - idźcie, jeśli macie ochotę na porządną i zabawną superbohaterską produkcję, wyraziste kolory, doskonałą obsadę oraz całą tą kosmiczno - fantastyczno - komiksowo- eklektyczną osłonkę, która pozwala nam, widzom, na te dwie godziny zanurzyć się w pełni w opowadanej historii. Zapewniam was, długo będziecie ten film wspominać (szczególnie wtedy, gdy będziecie się zastanawiać, dlaczego DC nie może zrobić produkcji na takim poziomie - nie bijcie xdd).

image

AAAAA, jakby was moje wcześniejsze wypociny nie przekonały, to macie Idrisa Elbę, który wygląda, jakby przed chwilą rozpoczął pracę nad "Wiedźminem" - to jest również jeden z highlightów tej produkcji <3

tumblr_oy32p8kEZz1rv1d8ho3_540

 

 

/yooletchka out

Dzieci i filmy głos(u nie) mają, czyli Czajnikt o "Śpiewaku jazzbandu" (1927)

czajnikt

Dzisiaj kochane dzieciaczki wpis Czajnikta o (niespodzianka!) klasyce filmowej. I to tak klasycznej, że już bardziej się nie da. Mowa tu oczywiście o Śpiewaku jazzbandu (The jazz singer), znanym powszechnie - i błędnie - jako pierwszy film dźwiękowy. Tak naprawdę pojawiło się przed nim parę filmów udźwiękowionych, głównie krótkometrażówek. Na wyróżnienie można zaliczyć np. pełnometrażowego Don Juana (1926), który puszczany był z uprzednio nagraną orkiestracją i efektami dźwiękowymi - dialogi nadal jednak były do przeczytania na planszach tekstowych. Dlaczego? Otóż uważano, że przez ułomności techniczne widzowi byłoby trudno je zrozumieć (w sumie patrząc na skopane udźwiękowienie w dużej liczbie polskich filmów z lat 90. to założenie nie jest aż takie błędne...). The jazz singer zatem jest de facto pierwszym pełnometrażowym filmem z nagranymi dialogami - które to dialogi i tak można policzyć na palcach jednej ręki.  Jednakże bez względu na to, czy ten film był pierwszym udźwiękowionym obrazem, czy też nie -  stał się on wielkim hitem i właściwie stał się deską do trumny kina niemego.

The_Jazz_Singer_1927_PosterTalkie killed the silent movie star~

Powiem szczerze, że dość długo zabierałam się do tego filmu - w końcu jednak nadarzyła się ku temu prawdziwa okazja - a mianowicie dorwałam w empiku DVD z filmem w szalonej, okazyjnej cenie 9,99 zł [NIE TO NIE JEST LOKOWANIE PRODUKTU. SERIO. NIC MI NIE PŁACĄ, A EMPIK TO PRZEKLĘTY MONOPOLISTA, TAKO RZECZE MI MÓJ MÓZG I SERDUSZKO PO LEWEJ STRONIE ale mają czasem fajne przeceny płyt DVD a ja jestem bida studętem kinomanem]. I tu muszę na samym wstępie pochwalić polskiego dystrybutora - film został bardzo ładnie wydany, zaczynając od dopracowanego designu, świetnej jakości obrazu a kończąc na różnych dodatkach - komentarzu Rona Hutchinsona oraz lidera zespołu Nighthawks Orchestra - Vince’a Giordano, audycji radiowej z 1947 roku prowadzonej przez Ala Johnsona, a nawet... tematycznych krótkometrażówkach braci Warner które można sobie puścić przed seansem żeby się poczuć zupełnie jak w starym kinie (jeszcze do szczęścia tylko brakuje kroniki filmowej :D). Dość jednak rozpływania się nad warstwą stricte techniczną, przejdźmy do rzeczy!giphy

Jeśli oczywiście można mówić o spojlerach do filmu z 1927

Najogólniej rzecz ujmując, Śpiewak jazzbandu opowiada o losach Jakiego Rabinowitza, syna kantora w żydowskim gettcie na Manhattanie. Jego ojciec chciałby, żeby zgodnie z tradycją przejął po nim schedę, jednakże Jakiego od najmłodszych lat ciągnie bardziej nie do pobożnych melorecytacji, a do dzikiego i szalonego jazzu, który przeżywa właśnie swój rozkwit. Po jednej z wielu kłótni, Jakie podejmuje decyzję żeby porzucić rodziców i pod aliasem Jacka Robina rozpocząć swoją karierę jako tytułowy śpiewak. Kilkanaście lat później, gdy los się do niego uśmiecha i jego ukochana załatwia mu pracę nad broadwayowską rewią April Follies, całkiem znany już Rabinowitz powraca do Nowego Jorku i przy okazji wita się z rodzicami. O ile jego mama z radością przyjmuje syna na rodzinne łono, to tata nadal się go wyrzeka i wyrzuca go z domu. Dwa tygodnie później, kantor zapada na poważną chorobę. Nieubłaganie zbliża się również Jom Kippur - jedno z najważniejszych świąt żydowskich, a jego bożnica nie ma nikogo na jego zastępstwo. Mama Jackiego zwraca się zatem do swojego syna - jednakże w tym samym dniu premierę ma spektakl, który ma być trampoliną do prawdziwie wielkiej kariery.

tumblr_lnpgkiBO9K1qbxoi2o1_500

A tu mamy love interest naszego głównego bohatera

Jak widać, gra się toczy tu o wysoką stawkę, na linii rodzina-kariera, religia-świeckość, przebaczenie-brak litości. Cały film jest grany generalnie na dość sentymentalnym, wysokim C. Mamy tu Rozmowy i Przemyślenia o Wartościach, Wielkie Dylematy, piosenki o Mamie itd. Pewna różnica we wrażliwości współczesnego i dawnego widza powoduje, że film może sprawiać wrażenie momentami dość irytującego - szczególnie, że nie ma tu jakichś wielkich zaskoczeń pod względem rozwiązań fabularnych. Mimo to, przyznam się że trochę się przejęłam jednak losem głównego bohatera i jego ostatecznym wyborem - oglądałam film z zainteresowaniem do samego końca, mimo tego, że wiedziałam co się stanie.

giphy

Tak, we ain't heard nothing yet. I to dosłownie.

Pod względem aktorskim film jest całkiem dobry - należy oczywiście wziąć pod uwagę większe tendencje do szarżowania rolą w kinie niemym niż "mówionym". Na szczególne wyróżnienie zasługuje Eugenie Besserer jako matka Robina - bardzo mnie przekonała do swoich przeżyć i emocji; Al Jolson, odtwórca głównej roli, również mnie nie zawiódł, choć momentami jego aktorstwo wkraczało w tzw. uncanny valley.yoswXNO

Mówiąc uncanny valley mam na myśli np. to.

Muszę powiedzieć, że byłam zaskoczona, gdy po raz pierwszy usłyszałam "mówiony" głos Ala Jolsona po piosence - wyobrażam sobie co ludzie musieli przeżywać w 1927! Sądziłam jednak, że to, iż po raz pierwszy w kinie zabrzmiał dialog był podyktowane jakąś artystyczną wizją reżysera - okazało się jednak że raczej to było po prostu wynikiem niedbałości montażysty i z wyjątkiem kilku scen po utworach muzycznych cały film nadal jest niemy. Lekko mnie również zniesmaczył makijaż głównego bohatera w jednej ze scen -  konkretnij chodzi mi o blackface. Rozumiem, że było to popularne w tamtych czasach i nie uważano tego za obraźliwe, ale i tak od momentu w którym usłyszałam o tej praktyce nadal moją najdelikatniejszą reakcją jest uniesienie brwi z zapytaniem "ALE PO CO NA CO TO KOMU".

CluelessGreedyIlladopsis-max-1mbCudowna Besserer i mniej cudowny blackface, który się w sumie stał symbolem tego filmu

Mimo tych wad i faktu, że film niekoniecznie przetrwał próbę czasu, polecam obejrzeć w wolnym czasie The jazz singera. Bądź co bądź jest to kawał kinowej historii i warto wiedzieć (lub przynajmniej próbować się domyślić) co sprawiło, że ten w sumie dość niepozorny film stał się hitem i położył kres erze kina niemego.

God save the Queen, czyli Yooletchka o "Victoria & Abdul"

yooletchka

Lubię filmy o monarchii - szczególnie, gdy opowiadają o władcach brytyjskich (nawet nie wiecie, jak bardzo jestem podekscytowana nadchodzącym nowym sezonem "The Crown"),  i to zarówno o ich życiu prywatnym jak i o decyzjach czysto politycznych. Nie zdziwicie się pewnie więc faktem, że jedna z najnowszych produkcji BBC, o wdzięcznym polskim tytule "Powiernik królowej" przyciągnęła skutecznie moją uwagę. Uświadomiłam sobie jednak w pełni, że jest to pozycja obowiązkowa z momentem, gdy zobaczyłam, kto wciela się w rolę Wiktorii. Judi Dench jest aktorką, której zdecydowanie nie można ignorować, szczególnie, gdy na naszych oczach przybiera królewskie szaty. W ramach dodatkowego kontekstu dodam, że na seansie byłam w dzień powrotu z Londynu do Polski, więc większość scen rozgrywających się w pałacu Buckingham mogłam umiejscowić niemalże dokładnie co do komnaty (skorzystaliśmy z okazji i zwiedziliśmy tzw. state rooms, czyli  oficjalne sale, w których królowa przyjmuje reprezentantów różnych państw) - było to dziwnie satysfakcjonujące.

powiernik-krolowej-1000x600

Dla porządku ostrzegam, mild spoilers ahead - nie żeby można było się domyśleć przebiegu całej historii po obejrzeniu zwiastunu. Oczywiście, że nie, przecież nigdy się tak nie zdarza

Kiedy po raz pierwszy obejrzałam zwiastun (tak, należę do typów, które czasami urządzają sobie sesje oglądania trailerów), miałam wątpliwości, z czym będę miała do czynienia - "Powiernik królowej" od początku sprawiał wrażenie komedii z nutą dramatu (idealnie w stylu BBC, które mam wrażenie specjalizuje się w tego rodzaju produkcjach), ale oprócz tego zapowiadany był jako historia po części oparta na faktach. Nie wiem do końca dlaczego, ale połączenie faktów z wątkiem komediowym prawie zawsze wydaje mi się nieco karkołomną decyzją - pewnie też dlatego, że dośmiesznianie realności po to tylko, żeby spopularyzować historię często kończy się dodaniem głupich, niezbyt pasujących do kontekstu żartów. Jedno jest pewne - na pewno nie nazwałabym "Victorii & Abdula" filmem biograficznym, tak jak to sugeruje wujek Google, nawet jeśli scenariusz został oparty na fragmentach pamiętników głównego bohatera oraz książce opisującej złożoność wspomnianej relacji. No ale nie marudźmy już na samym początku, bo na to *spoiler* na pewno się znajdzie w tej notce miejsce.

Victoria-and-Abdul-620x414

Taką miałam natomiast minę, gdy pierwszy raz zobaczyłam, kto gra królową

 Fabuła "Powiernika Królowej" koncentruje się na relacji pomiędzy Abdulem Karimem, młodym muzułmaninem przybyłym z Indii do Wielkiej Brytanii i bardzo podeszłą w wieku królową Wiktorią, której życie wypełnia rutyna i zupełny brak spontaniczności (w końcu jest królową, duh). Początkowo nic nie zapowiada tego, że "Munshi" zabawi na królewskim dworze dłużej, gdyż jego zadanie jest raczej mało wymagające. Ma wręczyć władczyni, podczas oficjalnego bankietu, indyjską monetę, w dowód wierności i oddania Koronie. Karim swoją misją jest podekscytowany jak dziecko, i pewnie dlatego popełnia błąd uważany wówczas za karygodny - nawiązuje przelotny kontakt wzrokowy z zaciekawioną staruszką, łamiąc przy tym ustaloną etykietę. Wszyscy domyślamy się, co wydarza się dalej - Abdul pozostaje na dworze (władczyni jest zafascynowana zarówno urodą jak i niewymuszonym wdziękiem mężczyzny), stopniowo jego rola staje się coraz ważniejsza dla królowej, nie tylko asystuje jej podczas posiłków, ale również uczy swojego języka, opowiada ciekawostki o Indiach, asystuje podczas podróży, i ogólnie jest niezastąpiony. Dla dworu i służby królewskiej jest to nieprzyjemne zaskoczenie, pierwszy raz bowiem są postawieni w sytuacji, w której są zmuszeni szczególnie zabiegać o wzgędy i uwagę Wiktorii. Z tygodnia na tydzień sprawy się coraz bardziej komplikują - Wiktoria, pomimo wszelkich przeciwności losu coraz bardziej się do Abdula przywiązuje, personel i dzieci królowej się buntują, a Karim...nie decyduje się być w pełni szczerym.

tumblr_oqs6x8Z3p41s0xdato4_r2_540

Nieładnie, nieładnie

No dobrze, zacznijmy najpierw od pozytywów. Bezwzględną zaletą "Powiernika królowej" jest Judi Dench. I tyle. Właściwie nie musiałabym wyjaśniać dalej, o co mi chodzi, bo przecież wszyscy wiemy, że ta Pani stanowi uosobienie klasy, wdzięku i talentu. Pewnie dlatego królowa Wiktoria jest bezsprzecznie najbardziej złożoną postacią w całej produkcji, co więcej, wydaje się po prostu najbardziej ludzka, w porównaniu z karykaturalnie zagranym personelem, damami dworu i dostojnikami, którzy w porównaniu z nią wydają się być wręcz papierowi. Kunszt aktorski wspomnianej damy widać w kilku doskonałych scenach ( na pewno należą do nich bankiet i jedzenie na wyścigi, wielokrotne rozmowy z Munshim i moment, który mnie urzekł - rozweselona, śpiewająca Wiktoria - jeśli słyszeliście kiedykolwiek śpiewającą Judi Dench, wiecie, o co mi chodzi <3), i to one są szkieletem całej historii, momentami zbyt słodkiej, żeby się mogła wydarzyć naprawdę.

000262492hr

To najpewniej zdjęcie z tzw. behind the scenes, bo nie przypominam sobie momentu, w którym Królowa by tak szczerzyła ząbki

O co mi chodzi? Już wyjaśniam - stylistyka "Powiernika Królowej" świadomie odbiega w niektórych momentach od realizmu, serwuje się nam feerię jaskrawych, intensywnych kolorów, zatłoczonych, ale broń Boże nie brudnych i biednych indyjskich ulic, oraz pięknych, angielsko - szkockich krajobrazów (gdzie ten smog i wszechobecne błoto? - ok, zapomniałam, że poruszamy się w nieco wyższych sferach). Cała ta otoczka sprawia, że bardzo trudno się nam, widzom, wczuć w momentami dramatyczną czy wręcz tragiczną historię - przykładem niech będzie scena, w której królowa zwierza się Abdulowi z tego, jak tęskni za zmarłym mężem i Johnem Brownem, a my cały czas się zastanawiamy, jakim cudem ktoś dopuścił do tego, że królowa znajduje się sama tylko z Abdulem na wyspie, bez dam dworu czy lekarza, który w tym stanie zdrowia powinien władczyni stale towarzyszyć.

tumblr_oqs037J3pm1swrlk9o3_540

Ja się na przykład również zastanawiałam, jakim cudem Wiktoria cały czas wytrzymuje w takim kapeluszu

 Kolejną rzeczą, która w przypadku "Powiernika Królowej" mnie zastanowiła, to wykorzystanie, częstotliwość i jakość pojawiających się wątków humorystycznych. Delikatnie mówiąc, nie zawsze były w dobrym stylu. Długo zastanawiałam się, co tak naprawdę mi przeszkadzało, i doszłam nareszcie do wniosku - jestem pewna, że niektóre sceny mogły bawić jedynie określonych odbiorców. Przypomina mi się taka jedna, szczególnie wyrazista scena - moment, w którym Karim na prośbę królowej przedstawia jej swoją żonę, i zdejmuje jej przy tym burkę, aby Wiktoria mogła ujrzeć jej twarz. W tym miejscu dużo osób na sali parsknęło śmiechem. Dlaczego? Dziewczyna pod chustą skrywała dość charakterystyczną dla indyjskich kobiet urodę i duży, złoty kolczyk w nosie, tradycyjny element ślubnego stroju. Czy można tutaj mówić o momencie komicznym? Jeśli nie, to dlaczego ludzie chichotali? I czy ta scena dla widowni w innym kraju (powiedzmy, że w Indiach) byłaby równie zabawna? Podobnie rzecz się miała na przykład z przerobionymi na siłę strojami przybyłych z Indii mężczyzn tylko po to, aby znalazły się na nich inicjały Wiktorii, i komentarzami a propos choroby i wykształcenia Abdula. Nie wiem, może jestem w tym miejscu nieco nadwrażliwa, ale wydaje mi się, że możnaby spokojnie tego typu żarcików nie wykorzystywać, film by się bez nich nadal obronił.

victoria-and-abdul-queen-judi-dench-state-dinner

Nie zrozumcie mnie źle, nadal uważam, że w "Powierniku królowej" było kilka rewelacyjnie poprowadzonych scen. Tak jak już wspomniałam, do takich należała scena bankietowa

Co się jeszcze udało w "Powierniku królowej" (zrozumcie, nie chcę zakończyć wpisu na marudzeniu)? Z pewnością należy wspomnieć doskonałe kostiumy, szczególnie te królewskie. Judi Dench momentami naprawdę wyglądała, jakby została wyjęta z jednego z licznych portretów Wiktorii (które również miałam okazję niedawno zobaczyć), a autentyzmu (jeśli o takim można w ogóle w tym przypadku mówić) dodawała jeszcze umiejętnie zbudowana atmosfera zamknięcia w złotej klatce. Moim zdaniem rekompensowało to nawet nieco niemrawą postać Karima, którego naiwne i chwilami kompletnie nieprzemyślane decyzje sprawiały, że jego osoba wydawała się nieco papierowa. I nie jest to bynajmniej wina aktora, który pokazał na co go stać na przykład podczas sceny przy ognisku, tylko raczej niewykorzystanego  w pełni przez scenarzystę potencjału postaci. Trudno, nawet w produkcjach BBC tak się może zdarzyć, chociaż niełatwo mi to może przyznać.

170919150511-victoria-and-abdul-photo-super-tease

Pomimo tego, że "Powiernik królowej" ma swoje wady, z pewnością jest pozycją obowiązkową po pierwsze dla wielbicieli monarchii brytyjskiej (tak, na pewno ich grono jest większe niż mój brat i ja), a po drugie dla wszystkich, którzy lubią filmy kostiumowe, które nie są równoznaczne z płomiennymi romansami. No i Judi Dench. Idźcie i oglądajcie Judi Dench.

 

/yooletchka out

© Sztuczne raje
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci